RMF24 RMF FM RMF MAXX RMF CLASSIC RMF ON
RMF24

Co się stało z naszą szkołą?

Aktualizacja: Wtorek, 8 sierpnia (11:00)

Dziś uczniowie mają lekcje muzyki z nauczycielami o kwalifikacjach, które nie śniły się "ciału pedagogicznemu" w późnym PRL-u. Czemu jest więc tak źle?

Z okazji Dnia Edukacji wystąpiliśmy z kwartetem smyczkowym w jednej ze szkół podstawowych na "inteligenckim" Żoliborzu. Miałem przyjemność nie tylko grać, ale i prowadzić ten koncert. Opowiadałem o muzyce i organizowałem dzieciakom konkursy, polegające w znacznej mierze nie tyle na wiedzy, co na uważnym słuchaniu. Uczniowie byli rezolutni, śmiali, za każdym razem, gdy o coś pytałem, podnosił się w górę las rąk. Niestety, odwaga i ochota nie szły w parze z wiedzą. Obaj - Kopernik i Bach byli Niemcami (choć Bach, jakby trochę bardziej), ale nazwisko żadnego z nich nie było poprawną odpowiedzią na pytanie "Ile instrumentów gra w kwartecie smyczkowym?".

Zanucić słynny menuet Boccheriniego (grany przez nas chwilę wcześniej) spróbowała jedna odważna dziewczynka, ale wyszła jej z tego "Oda do radości" Beethovena, co reszta kolegów i koleżanek zidentyfikowała jako "hymn Polski". Walc kojarzył im się z kolei jedynie z polityką. Coś mnie tknęło i zapytałem na koniec, ile z tej setki dzieciaków chodzi do szkoły muzycznej? No właśnie...

Zdaję sobie sprawę z tego, że uogólnianie na podstawie kilku klas z jednej szkoły, prowadzi do wyciągania zupełnie nieuzasadnionych wniosków. Ale tak się składa, że od trzech lat dość regularnie jeżdżę po polskich szkołach i przedszkolach jako pisarz, ze spotkaniami autorskimi. Rozmawiam z młodzieżą i zawsze pytam o szkołę muzyczną. Czasem podniosą ręce dwie osoby na sto, jedna. Najczęściej - nikt. Nie wiem, z czego to wynika. Całkiem możliwe, że zmieniły się czasy i jest teraz znacznie więcej atrakcyjnych sposobów spędzania wolnych chwil po lekcjach. No a umiejętność gry na instrumencie, śpiewu czy tańca przestała być potencjalną przepustką do intratnych wyjazdów zagranicznych. Rodzice uważniej liczą pieniądze. Bardziej opłaca się posłać dziecko na zajęcia z dodatkowego języka obcego, bo po trzech-czterech latach pilnej nauki efekty będą imponujące. Po trzech latach gry na skrzypcach, nawet najzdolniejszy uczeń nie ma szans, by zdać egzamin do orkiestry i dostać pracę. Szczerze mówiąc, mało komu udaje się to nawet po dwudziestu latach ćwiczeń i stresów.

Znajomi nauczyciele muzyki załamują ręce i przyznają, że dziewięćdziesiąt procent uczniów to muzyczni analfabeci. Nuty i tonacje to dla nich zupełnie obcy język, a na lekcjach nie można ich zmusić do przynoszenia zeszytu w pięciolinię, a co dopiero do poznawania znaczenia kluczy, krzyżyków, bemoli czy choćby wartości nut. Sytuacja jest paradoksalna, bo w zwykłych szkołach podstawowych (nie tych o profilu muzycznym, ale całkiem zwyczajnych osiedlowych podstawówkach) uczą muzyki coraz częściej dyplomowani muzycy. Kryzys spowodował, że orkiestry pozamykały składy. Albo tak jak w Teatrze Muzycznym Roma, gdzie pracuję, z czterdziestu osób w "kwintecie" (kto wie, co to w orkiestrze oznacza?) gra w przedstawieniu jedynie pięć.

Teoretycznie, poziom kształcenia dzieci i młodzieży, powinien się więc podnieść. Gdy przypomnę sobie moją podstawówkę, z końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, zaczynam się gorzko śmiać. Naszą wychowawczynią była... pani od muzyki. Przez litość nazwiska nie wspomnę. Absolwenci szkoły nr 6 w Zakopanem będą wiedzieć. Pani podjęła heroiczną próbę pedagogiczną wymuszenia na klasie opanowania gry na flecie prostym. Było to dla niej o tyle trudne, że sama nie znała ani nut, ani nie umiała na niczym grać. A w klasie na 30 osób, połowa chodziła popołudniami do jedynej w Zakopanem szkoły muzycznej albo tańczyła w zespołach ludowych. Po pięciu minutach lekcji na fletach prostych umieliśmy grać już znacznie lepiej od nauczycielki. Więc ona zmieniła strategię i porzuciwszy muzykę, skupiła się na odpytywaniu nas ze słów komunistycznych pieśni patriotycznych. Na następnych zajęciach się nie pojawiliśmy. I na kolejnych także. Na półrocze nasza "wychowawczyni" wystawiła całej klasie pały z muzyki. Wtedy poszliśmy do niej z delegacją i cynicznie zaproponowaliśmy, by w ramach poprawki urządzić w szkole koncert, albo niech choć zrobi nam porządne dwu-trzygłosowe dyktando. Sprawa otarła się o dyrektorkę i nasi rodzice jakoś załagodzili konflikt.

Dziś uczniowie mają lekcje muzyki z nauczycielami o kwalifikacjach, które nie śniły się "ciału pedagogicznemu" w późnym PRL-u. Czemu jest więc tak źle?

Odpowiedź podsunął mi mój siedemnastoletni syn, który wraz z kolegami założył zespół raperski. Zaciekawiony podpytywałem o skład zespołu i wykazując się totalną ignorancją próbowałem dowiedzieć się, kto gra na jakim instrumencie. "Nikt na niczym nie gra!" - Wiktor był wyraźnie rozbawiony - "Rap, to tylko taka recytacja. A bity... czyli muzę, ściągamy z sieci. Kto by sobie zawracał głowę graniem? Nie mamy na to czasu. Chcesz posłuchać?".

Źródło: RMF FM

Nie przegap

Dalsza część artykułu pod materiałem video: