Nieoficjalne informacje mówią, że manewry obserwować ma także prezydent Władimir Putin. Na Białoruś jechać ma również delegacja polskiego Ministerstwa Obrony oraz kilkudziesięciu przedstawicieli innych krajów – potencjalnych wrogów.
Oficjalnie białoruski resort obrony mówi, że ćwiczenia mają na celu przygotowanie się do „odparcia zagrożenia z zewnątrz”. W manewrach weźmie udział 8800 żołnierzy, z czego prawie dwa tysiące to wojskowi z Rosji. - Jedynym zadaniem jest skoordynowanie obrony naszego związkowego państwa - twierdzi rzecznik białoruskiego MON, Wiaczesław Riemienczik.
Oprócz żołnierzy, na poligon wyjedzie kilkadziesiąt czołgów, kilkaset transporterów opancerzonych, a na białoruskim niebie pojawi się prawie sto śmigłowców i samolotów. Zasięg i rozmach tych ćwiczeń jest więc ogromny. - Obie strony starają się wykorzystać to na użytek własnej wewnętrznej propagandy. To taka demonstracja siły i gotowości bojowej, jak również pewien sygnał dla Zachodu: jesteśmy gotowi, jesteśmy zwarci, jesteśmy silni - uważa Rafał Sadowski z Ośrodka Studiów Wschodnich.
NATO nie należy do organizacji płochliwych, Sojusz ze spokojem i uwagą przyglądać się będzie manewrom wojskowym na Białorusi – zapowiedział pułkownik Robert Pszczel, rzecznik kwatery głównej NATO. Jego zdaniem, nadawanie Sojuszowi metki zewnętrznego wroga spowodowane jest wciąż silnymi w Rosji i na Białorusi stereotypami. - Są pewne kwestie pokoleniowe, są jakieś problemy w sferze edukacji. Problem jest jednak rzeczywiście wtedy, kiedy ktoś chce podsycać te stereotypy. Mam nadzieję, że to nie jest intencja niczyich rządów - stwierdził.