4 lata temu, gdy 44. prezydentem Stanów Zjednoczonych miał zostać Barack Obama, Afroamerykanie skandowali z radości: "Czarny Prezydent". Okolice Parku Granta mimo późnej pory były zablokowane. Zewsząd ciągnęły tłumy cieszących się ludzi, którzy mieli nadzieję na lepsze jutro. Na każdym rogu stali sprzedawcy gadżetów z wizerunkiem nowego prezydenta. Byli też tacy, którzy skakali po plakatach z wizerunkiem Johna McCaina - kandydata republikanów, który w tę noc przegrał z Barackiem Obamą. Dość rządów republikanów! - krzyczeli mi niemal do mikrofonu. Zobacz, co zrobił z tym krajem Georg W. Bush - wołali. Imigranci mówili z kolei o wielkiej nadziei. "Obama Obiecał reformę imigracyjną. Już wkrótce będziemy mogli tutaj normalnie żyć" - podkreślali rozradowani.
Organizacje proimigracyjne grożą, że wycofają swoje poparcie dla Obamy. W maju 2010 roku ostrzeżeniem dla niego była wielka manifestacja imigrantów w Waszyngtonie. Przy National Mall powiewały flagi wielu państw. Kolejni przedstawiciele organizacji wspierających tych, którzy mieli nadzieję na American Dream mówili o potrzebie rozwiązania problemu. Jestem tu od 15 lat. Chciałbym pojechać do Polski, zobaczyć rodzinę. Ale jak wyjadę ,to już nigdy nie będę mógł tu wrócić - mówił mi Polak, z którym wówczas rozmawiałem. Ten człowiek znalazł tu pracę. Zakochał się w Polce, która także przebywa w USA nielegalnie. Wzięli ślub. Mają syna. Nastolatek jako obywatel USA każde wakacje spędza w Polsce. To moje miejsce na ziemi, ale chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć swoich rodziców - opowiadał z nadzieją mój rozmówca. W ręce trzymał flagę narodową z napisem "Solidarność".
Barack Obama wciąż ma większe szanse na wygranie listopadowych wyborów niż Mitt Romney, ale nie porywa już tak wielu Amerykanów. Również imigranci podchodzą ostrożniej do jego kolejnych obietnic. Polacy mieszkający w USA mają prezydentowi za złe przede wszystkim niedotrzymanie obietnicy dotyczącej zniesienia wiz. W czasie wizyty Bronisława Komorowskiego w Waszyngtonie Barack Obama pytany przez polskich dziennikarzy o nierozwiązany od lat problem przyznał, że Polska przystąpi do ruchu bezwizowego. Padła deklaracja "do końca mojej kadencji". Jasnym było, że mówi o pierwszej. W końcu i dziś nie wiadomo, czy nadal będzie lokatorem rezydencji przy 1600 Pensylwania Avenue. Nieco ponad rok później amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton przyznała, że nie ma szans na spełnienie tej obietnicy. Kiedy dziś rozmawiam z Polakami mieszkającymi w USA, najczęściej wskazują, że ta sprawa powoduje, iż mają wątpliwości, czy oddać głos na urzędującego prezydenta. Kolejna rzecz to kwestia tarczy antyrakietowej. Wycofanie się z planów administracji Busha dotyczących ulokowania elementów systemu na terenie naszego kraju także nie zostało odebrane dobrze. Wielu odniosło wrażenie, że groźby Rosji, która sprzeciwiała się tym planom i nadal to robi sprawiły, że Barack Obama wolał nie drażnić Kremla niż zachować się lojalnie wobec sprawdzonego sojusznika.
Właśnie słowo "sojusznik" najczęściej przewija się w moich rozmowach z naszymi rodakami mieszkającymi za wielką wodą. Trudno im, zrozumieć, dlaczego tak trudno nam osiągnąć to na czym nam zależy, kiedy ramię w ramię z Amerykanami służyliśmy w Iraku, a teraz w Afganistanie. Warto podkreślić olbrzymie koszty tych misji.
Profesor Richard Pipes, były doradca Ronalda Reagana uważa, że Obama nie spełnił pokładanych w nim nadziei. W rozmowie ze mną podkreśla, że nie był on przygotowany do sprawowania funkcji prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Na kogo głosowała Pani 4 lata temu? - pytam Polkę na Greenpoincie (polonijna dzielnica w NYC) Na Baracka Obamę - odpowiada. W listopadzie na kogo Pani zagłosuje? - dopytuję. Na nikogo. Romneya nie lubię. Wolę demokratów. Ale Barack Obama za dużo obiecał i niczego nie spełnił. Zawiodłam się - mówi moja rozmówczyni.Według najnowszych sondaży Barack Obama może liczyć na ponad 50 procent poparcia. Mitta Romneya popiera mniej niż 40 procent Amerykanów i raczej to jednak Obama wygra nadchodzące wybory.