To momenty, w których misternie tkana propaganda Kremla rozchodzi się w szwach. Opadają z niej zwierzchnie okrycia, po czym zostaje kompletnie naga. Jestem fanem rosyjskiej telewizji. Podglądam ją jednym okiem, mrużąc ze zdumienia drugie. Te modulowane głosy, trwające kilka sekund dramatyczne przerwy w zdaniach, a po nich słowa, które brzmią tak pompatycznie, jakby miały na zatrzymać ruch obrotowy Ziemi. W prorządowych audycjach zazwyczaj ktoś głośno mówi, a reszta nabożnie wchłania echo odbijające się od sufitu. Ludzie wyglądają jak posągi z galerii Trietiakowskiej - nie mają nic do powiedzenia. Stoją na baczność. Jedni przerażeni, inni w transie. Istna kakofonia.
Mamy do czynienia z atrapą państwa i mediów. Oto codzienna dieta przeciętnego Rosjanina. Od początku wojny powstały tysiące filmów, rozmów z tzw. szarym obywatelem na temat aktualnej sytuacji. Oglądając je, odnoszę wrażenie, że oni wszyscy mieszkają w innej galaktyce. Przed kamerą pojawia się jakaś świątobliwa niedoinformowana albo nieświeży podchmielony, oboje bez pojęcia o bożym świecie. Za wschodnią rosyjską granicą szaleje wojna, a oni posłusznie cytują propagandowe hasła i mówią coś o zaciskaniu pasa. Tyle, że nie winią Ukraińców za barszcz. Są za to przekonani, że w Kijowie odbywają się marsze z pochodniami na wzór norymberskich, a Zełenski to żydowski Hitler.
Na tym polega perfidia wampirów z Kremla - żerują na ludzkiej naiwności. Także na odwiecznej skłonności Rosjan do poświęceń. Nasłuchali się od dziadków, jak pogonili fryca do Berlina. Wydaje im się, że na nich przyszła teraz historyczna kolej. Jeśli przodkowie zjadali się nawzajem w oblężonym Leningradzie, to i oni zacisną zęby i wytrzymają bez cukru. Nie straszne im kolejki do bankomatów. Bez Channel czy Louisa Vuittona też wytrzymają jeden sezon. Wychodzi więc chwiejnym krokiem na ambonę Zacharowa, patrzy w oko kamery i prześciga sama siebie w bezczelnym cynizmie. Potem wróci do mieszkania na Newskim Prospekcie, a widzowie swoich krecich nor i mentalnych jaskiń.