Skąd trotyl w tupolewie?
Publikacja: Wtorek, 30 października (11:37)
Aktualizacja: Wtorek, 8 sierpnia (11:00)
Okładka „Rzeczpospolitej” spowodowała burzę. Rano widziałem totalne zaskoczenie na twarzy rzecznika rządu. Przez internet przetacza się fala domysłów, hipotez i tłumaczeń. Sam zachodzę w głowę, skąd te śladowe ilości materiałów wybuchowych mogły się znaleźć na pokładzie tupolewa. Jednak bez oficjalnego potwierdzenia faktów prasowych przez prokuraturę, a także wyjaśnień, lub choćby przypuszczeń biegłych, którzy badali wrak, wszyscy poruszamy się trochę po omacku.
Gdy tylko przeczytałem publikację Rzeczpospolitej, przypomniałem sobie pewne fakty, które mogą choć w pewnym stopniu rzucić światło na te sensacyjne doniesienia.
Jesienią 2010 roku, premier Donald Tusk leciał z wizytą do Indii. Aby się tam dostać, Kancelaria Premiera wyczarterowała francuski samolot Airbus. Podczas rutynowego sprawdzania maszyny przez pirotechników pies zasygnalizował obecność materiałów wybuchowych. Jak usłyszałem od BOR-u, zwierzę podczas sprawdzania usiadło: to znak, że mogło wyczuć takie cząstki. Airbusa przeszukano, żadnego urządzenia pirotechnicznego nie odnaleziono. Specjaliści zbadali jednak historię lotów tej maszyny. Okazało się, że dwa loty wcześniej francuskim czarterem podróżował oddział kanadyjskich żołnierzy. Pies wyczuł materiały wybuchowe, które - według BOR - znajdowały się na wojskowych mundurach, a pozostały na siedzeniach w przedziale pasażerskim. Samolot wyleciał do Indii z trzygodzinnym opóźnieniem.
Na przełomie marca i kwietnia 2010 roku, kilka dni przed katastrofą w Smoleńsku, Tu 154 o numerze bocznym 101 był Afganistanie. Leciałem wtedy z ministrem obrony do polskich żołnierzy - dwudniowa wizyta miała związek ze świętami wielkanocnymi. Tupolew doleciał do wojskowej bazy Bagram nieopodal Kabulu i przez dwa dni czekał na nas na płycie lotniska. Około 40 osób poleciało amerykańskimi śmigłowcami transportowymi do polskiego kontyngentu w Ghazni. Potem byliśmy jeszcze w bazie Warrior. Tam uczestniczyliśmy w akcji "Power Show" - staliśmy przy armato-haubicach DANA, z których żołnierze ostrzeliwali okoliczne wzgórza, a polskie śmigłowce przeprowadzały ataki rakietowe - to była akcja prewencyjna przeciwko talibom. Oglądaliśmy także bomby skonstruowane przez rebeliantów. Żołnierze pokazywali nam tzw. ajdiki, na których wylatują w powietrze wojskowe, ale i cywilne pojazdy. Były to różnego rodzaju konstrukcje - rozbrojone, a także odnalezione po detonacji. Oglądaliśmy je bardzo dokładnie, braliśmy w ręce, robiliśmy zdjęcia. Na czas całej podróży amerykańskimi transportowcami, a także pobytu w bazach, po których poruszaliśmy się opancerzonymi pojazdami wojskowymi, ubrani byliśmy w wojskowe kamizelki kuloodporne i hełmy.
Nie można wykluczyć, że na naszych ciałach, a także ubraniach znalazły się cząsteczki materiałów wybuchowych, podobnie jak na mundurach kanadyjskich żołnierzy, których podróż Airbusem wstrzymała na trzy godziny wylot premiera Tuska do Indii.