Zaostrzająca się od ponad tygodnia fala antypolicyjnych i rasowych zamieszek zaczęła ogarniać również inne regiony kraju. Niektórzy komentatorzy obawiają się, że Francji może grozić woja domowa. Część branżowych związków policji żąda wsparcia armii i wprowadzenia stanu wyjątkowego, bo groźna epidemia zamieszek zaczęła zarażać już inne miasta kraju. Po raz pierwszy samochody stanęły w płomieniach m.in. w Dijon w Burgundii.
Prawicowy rząd premiera Dominique’a de Villepina znalazł się w ślepej uliczce: policjanci mieli dotąd rozkaz unikania brutalności, żeby zapobiec eskalacji konfliktu. Sprawiło to jednak, że bandy młodych Arabów i Murzynów mają coraz większe poczucie bezkarności. Tej nocy było wprawdzie mniej ulicznych starć z policją niż wcześniej, ale na biednych przedmieściach francuskiej stolicy panuje coraz większy chaos.