Za każdego "Misia Bruno", który pojawi się na portalu YouTube, ten ostatni ma płacić tysiąc euro dziennie. Problem polega na tym, że to sami użytkownicy decydują, jakie nagrania wideo tam umieszczają - portal może jedynie je tropić i na bieżąco usuwać, co przypomina syzyfową pracę. Komentatorzy ironizują, że producent znanej serii filmików dla dzieci znalazł sobie w ten sposób nowe, niewyczerpane źródło dochodów.
Mimo wyroku na stronie portalu można wciąż obejrzeć przygody ulubieńca francuskich przedszkolaków. A zdaniem specjalistów, w ślady producenta "Misia Bruno" mogą pójść inne firmy telewizyjne i filmowe i wtedy YouTube znajdzie się w bardzo trudnej sytuacji.