Ahmadineżad zdobył w wyborach ponad sześćdziesiąt procent poparcia. We wtorek po południu tysiące jego zwolenników wyszło na ulice Teheranu. Zgromadzili się na tym samym placu, na którym od kilku dni protestują zwolennicy Mir-Hosejna Musawiego. Ich demonstracje trwają, mimo iż sam Musawi w obawie przed zamieszkami zaapelował, by pozostali w domach. W dotychczasowych starciach zginęło już co najmniej siedem osób.
We wtorek rano do więzienia trafił jeden z głównych irańskich reformatorów Mohammad Ali Abtahi, były wiceprezydent kraju.
Protestujemy przeciwko liderowi, który nie jest w tej chwili prawdziwym przywódcą Iranu. Chcę Musawiego, chcę wolności - te głosy wolności z placu Vali-Asr przekazywała telewizja CNN. Jak poinformowała jednak agencja Reuters, zagraniczni dziennikarze mogą obecnie relacjonować przebieg wydarzeń jedynie z biur. Oznacza to anulowanie akredytacji. Dziennikarze nie mają pozwolenia tym samym na filmowanie czy robienie zdjęć.
Wcześniej irańskie władze zablokowały możliwość przesyłania wiadomości SMS. Zwolennicy Mir-Hosejna Musawiego kontaktują się więc na internetowych portalach społecznościowych i czatach.
Sytuacją w Iranie poważnie zaniepokojona jest Komisja Europejska. Również amerykański prezydent Barack Obama wezwał do poszanowania demokracji i wolności słowa. Podkreślił jednak, że nie zamierza ingerować w wewnętrzne sprawy Iranu.
Teheran ostrzegł zresztą przed wtrącaniem się w jego wewnętrzne sprawy. Wiele państw pochopnie wypowiadało się na temat tego, co dzieje się w Iranie, i przedstawiało inny obraz wydarzeń. Amerykanie nie powinni martwić się o Iran ani jego wybory - powiedział w irańskim parlamencie Ali Larijani.
Wynik irańskich wyborów formalnie zaakceptował natomiast wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow, witając we wtorek rano Mahmuda Ahmadineżada w Jekaterynburgu jako prawowitego prezydenta Iranu.