Gdybym musiał obstawiać, to minimalnie większe szanse dałbym Boniemu. Jego pomysły łagodzą ostrość zmian, da się je przedstawić jako ustępstwo rządu i wyciągniecie ręki do tych, którzy rozeźleni są na rewolucje w OFE. A że to, co proponuje minister zaczęłoby obciążać budżet dopiero za siedem lat - zmiana wydaje się dziś niegroźna i nieco poprawiająca wizerunek rządu.
Miłą marchewką jest też propozycja wyższej niż zapowiadano ulgi emerytalnej. Choć ta z kolei - byłaby kosztowna dla budżetu już od przyszłego roku. Resort finansów szacuje bowiem, że każdy procent ulgi - to w wersji maksimum - 600 mln zł mniej.
Spór o szczegóły rozwiązań rozegra się na posiedzeniu rządu, ale podejrzewam, że jutro się nie skończy. Gdy projekt trafi do parlamentu, czekają nas gorące boje o każdy z kontrowersyjnych punktów ustawy.