Zacznę ćwiczyć, przejdę na dietę, schudnę, przestanę palić, przeczytam więcej książek, spędzę więcej czasu z dziećmi - to tylko niektóre z naszych tradycyjnych noworocznych postanowień. Łączy je kilka cech, z których dwie najważniejsze to koncentracja na sobie i... krótki czas przydatności do użycia. Myślę, że w tym roku powinniśmy to zmienić, pomyśleć o nas wszystkich i podjąć postanowienie na cały rok. Z góry przepraszam za nieuniknioną dawkę patosu, ale uważam, że w roku setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości nasze postanowienia powinny dotyczyć przede wszystkim naszej Ojczyzny.

Tradycyjne noworoczne postanowienia łączy kilka cech, z których dwie najważniejsze to koncentracja na sobie i... krótki czas przydatności do użycia /Marcin Obara /PAP

Tych postanowień powinno być wiele, także o uczciwości, płaceniu podatków, czy wierności tradycji, ale ja chcę skupić się na tym, co być może szczególnie ważne jest teraz, na postanowieniu, że potraktujemy tę rocznicę serio, jako okazję do odpowiedzi na pytania, jaka nasza ojczyzna jest i jaka naszym zdaniem powinna być. Przypadkowo akurat mamy za sobą połowę kadencji rządu Prawa i Sprawiedliwości, co sprawia, że diagnoza i prognoza stają się ciekawsze i - owszem - jeszcze bardziej istotne. Zastrzegam przy tym, że nie chodzi mi ani o prostą opozycyjną tezę, że dla dobra ojczyzny trzeba za wszelka cenę odsunąć PiS od władzy, ani przekonanie najtwardszego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, że dla tego samego dobra ojczyzny konieczny jest tylko marsz do przodu, bez żadnych wątpliwości. Podobno "kto ma wątpliwości, osiągnie wiedzę", a nam wiedza jest akurat bardzo potrzebna. I rozmowa.

Przy głębokości współczesnych naszych podziałów naiwnością byłoby oczekiwać, że stać nas na próbę chłodnej oceny sytuacji na co dzień. Nie, nie stać nas. Dlatego właśnie uważam, że powinniśmy się o to postarać, powinniśmy to sobie postanowić i powinniśmy się tego postanowienia trzymać. W naszym wspólnym, najlepiej pojętym interesie. Mówię przy tym o nas, "ludziach dobrej woli", którzy choć się różnimy, to jednak chcielibyśmy, by w naszym kraju działo się dobrze, było sprawiedliwie, równo dla wszystkich, bezpiecznie i - na ile to możliwe - dostatnio, którzy o owym interesie wspólnym myślimy i to myślimy serio. Mamy tylko nieco różne recepty, jak właściwie można go rozumieć i jak realizować. W ten sposób świadomie równocześnie przyznaję, że nie liczę w tej debacie na udział ludzi, których interesuje tylko i wyłącznie własny interes, interes własnej grupy, czy interes innych państw. Którzy myślą tylko o tym, by nie pociągnięto ich do odpowiedzialności za to, co było. Tu się raczej nie dogadamy. Nie dogadamy się też z tym - nieporównanie mniej licznym - marginesem, który buduje swoją ideologię w oparciu o czysty rasizm. Cała reszta? Proszę bardzo...

Niech więc przy okazji stulecia niepodległości otwartym tekstem przedstawią swoje racje ci, którzy uważają, że niepodległość nie jest nam do niczego potrzebna, bo Polacy to naród, który się do niczego nie nadaje i najlepiej, by rządzili nim inni. Nie rozumiem takiego sposobu myślenia, nie podzielam go, wyjątkowo mnie - mówiąc dosadnie - wnerwia, ale uważam, że jego rzecznicy powinni rzecz stawiać otwarcie. I powinni zostać wysłuchani. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie fakt, że wielu przedstawicieli naszych samozwańczych elit dokładnie takie tezy głosi, nie stawia jednak kropki nad i. A wiec szanowni państwo aktorzy, reżyserzy, malarze, dziennikarze, ktokolwiek, nie ukrywajcie już dłużej, powiedzcie wprost, że ta ziemia będzie lepiej zarządzana przez kogo innego, choćby z Brukseli, a wy - zauważani przecież i doceniani jak świat długi i szeroki - zadbacie o to, by żyjący tu prymitywny w waszej opinii lud miał zagwarantowane choćby podstawowe prawa człowieka. I posłuchajcie, co na tak sformułowaną tezę odpowiedzą wam inni, ci "mniej oświeceni" i ci... trochę bardziej.

Kolejna grupa to rzecznicy tezy o "złotym wieku naszych dziejów", którą interpretuję jako przyznanie, że tu i teraz, między Niemcami i Rosją nie możemy sobie na żadną rzeczywistą suwerenność pozwolić. Musimy więc, opłacając się jednym i drugim, trwać we względnym komforcie licząc, że ukontentowani politycznymi wpływami i konkretnymi dochodami nie będą nam chcieli w żaden sposób przykręcać śruby, a my stopniowo wtapiając się w zjednoczoną Europę nie będziemy szczególnie przykrych skutków takiego stanu rzeczy odczuwać. Jedni taką postawę nazwą zdradą inni być może formą realpolitik, nie ma co udawać, że we współczesnej Polsce jej rzeczników nie ma. I owszem, uważam, że mimo wszystko należy traktować ich jako partnerów do rozmowy. Trudnej, ale nie niemożliwej. To tu moim zdaniem lokalizuje się większość lemingów, przynajmniej tych, którzy wierzą w to, co mówi im propaganda opozycji, ale nie tęsknią za rządami PO-PSL ze względu na konkretne interesy, czy lęki, związane z możliwością rozliczeń. Po prostu uwierzyli PO, nie cierpią PiS i dlatego są tu, gdzie są. Nie wykluczam też, że spora część tej grupy jest przekonana, że to właśnie PO-PSL skutecznie program naszej podmiotowości realizowały. Porozmawiajmy więc...

No a co po stronie dobrej zmiany? Ogólnie rozumiana prawica zdążyła się już w znacznym stopniu pokłócić, czy to przy okazji wet prezydenta, czy różnych balonów próbnych wypuszczanych z Nowogrodzkiej. Jeszcze chwila, a zwolennicy tezy, że PiS ma zawsze rację, nawet wtedy, gdy pod wpływem prezesa zmienia zdanie na dokładnie przeciwne oraz formalni zwolennicy dobrej zmiany, którym właściwie ciągle się w niej coś nie podoba, będą musieli rozmawiać ze sobą z pomocą mediatorów. Podobnie, jak miłośnicy pełnej i nieskrępowanej wolności i zwolennicy tezy, że państwo powinno interweniować, gdzie się tylko da. Choć wydaje się, że w nowej serii wyborów, owe odłamy wciąż są skłonne swoje poparcie dla PiS przedłużyć, nietrudno zauważyć, że spór jest konkretny i być może - dla naszej przyszłości - kluczowy. Że chodzi w nim o poważne sprawy, które o kształcie naszego państwa zdecydują. Nawet jeśli obie strony nie mają żadnych wątpliwości, że PiS nie niszczy jeszcze naszej demokracji, to prawdopodobnie różnią się co do prognoz, w jakim kierunku dalej to pójdzie. A szczególnie, w jakim kierunku powinno pójść. To tu słychać przekonanie, że mamy prawo do naszych polskich ambicji, niezależnych od zagranicznych recenzji. Spór idzie o to, jakich ambicji i jakim sposobem realizowanych. To, na ile PiS się w spory tej strony wsłucha, może zdecydować o dalszych losach dobrej zmiany, o tym, czy przetrwa i czy będzie dobra...

Są wreszcie Polacy, którym daleko i do PO, i do PiS, którzy mają dość sporów, albo nigdy się polityką nie interesowali, którzy czują się zagubieni, albo zniesmaczeni, którzy zajmują się swoimi sprawami, bo zmusza ich do tego życie, albo dlatego, że nigdy nie chciało im się, albo nie chcieli się angażować. To spora grupa, której głos też powinien być słyszalny. Jest potrzebny. Może po to, by się bardziej zaangażowali, albo wręcz  przeciwnie, przez swój dystans tłumili emocje tych bardziej zaangażowanych. Bo może nasze przekonanie, że znamy wszystkie możliwe punkty widzenia wcale nie jest uzasadnione...

Stulecie odzyskania niepodległości to pewna szansa i pewne zobowiązanie, szansa na mądrzejszą rozmowę o Polsce, zobowiązanie, by tej szansy nie zmarnować. Że brzmi to patetycznie? Oczywiście, przecież ostrzegałem. Ja wiem, że podjęcie takich postanowień dla Polski, a już szczególnie trwanie w nich jest trudniejsze, niż siłownia, rzucanie palenia i zrzucanie wagi razem wzięte, ale jestem przekonany, że nie możemy sobie pozwolić, by nie spróbować. I nie tylko spróbować, ale dać radę. Życzę nam wszystkim w Nowym Roku wszystkiego najlepszego, ale Ojczyźnie życzę jakby... jeszcze bardziej.