Od sprawy krzyża, stojącego od kilku tygodni przed Pałacem Prezydenckim, dystansują się ostatnio kolejne osoby i instytucje. Kilka dni temu Kościół, ustami abpa Michalika stwierdził „To nie do nas należy, to nie nasza sprawa”. Wczoraj ze swojej niemocy zwierzyła się radnym Warszawy prezydent Hanna Gronkiewicz Waltz: „miasto nie jest stroną w tej sprawie”. Oświadczenie Rady Biskupów Diecezjalnych oburzyło rzecznika rządu; „to była ostatnia szansa, żeby Kościół zajął w tej sprawie zajął jakąś odpowiedzialną postawę”, słowa Grasia z kolei – zdumiały rzecznika Episkopatu, który uważa, że "postulat zbudowania pomnika upamiętniającego wszystkie ofiary jest słuszny, a powstanie komitetu w tej sprawie może uspokoić sytuację".
Kancelaria Prezydenta, na której terenie krzyż stoi, i od której większość Polaków oczekuje zajęcia jasnego stanowiska, co dalej – milczy od czasu wmontowania w fasadę pałacu tablicy, upamiętniającej nie tyle ofiary katastrofy, co tych, którzy się po katastrofie przed pałacem gromadzili.
I nic z tego wszystkiego nie wynika.
Krzyż jak stał, tak stoi.
Nie ma kogoś odpowiedzialnego za coraz istotniejsze koszty zabezpieczenia tego miejsca, nikt nie ponosi odpowiedzialności za publiczne wykpienie działań władz świeckich i kościelnych, na Krakowskim Przedmieściu nie pojawiają się księża, przedstawiający obrońcom krzyża racje tych, którzy chcą przeniesienia obiektu do kościoła św. Anny, nie ma żadnych poza zabezpieczeniem działań władz państwa i miasta. Pat.
Cała historia coraz bardziej przypomina wojnę z władzami pruskimi, prowadzoną ponad sto lat temu przez Michała Drzymałę. Nie pozwalali mu postawić domu – zamieszkał w wozie cyrkowym, codziennie przestawianym, więc nie będącym nieruchomością. Krzyż też nie jest przytwierdzony do podłoża, więc nie stanowi tzw. „małej architektury”, na którą trzeba mieć pozwolenie.
Michał Drzymała swoją batalię przegrał. Trwała ona jednak cztery czy pięć lat.
Ciekawe, ile to potrwa z krzyżem.