Donald Tusk przez godzinę zapowiadał dziś zwrócenie się do Rosjan o przygotowanie wspólnej wersji raportu, który wczoraj opublikował MAK. Jeśli się to nie uda – mgliście zapowiadał zastosowanie procedury odwoławczej.
Tymczasem bez zgody Rosjan niemożliwe jest ani tworzenie raportu w wersji 2.0, ani arbitraż. Nie ma powodów, by Rosjanie raz już wyjaśniwszy (w swoim mniemaniu i na swój głównie sposób) przyczyny katastrofy – robili to raz jeszcze. W pracach MAK uczestniczył formalnie umocowany przedstawiciel Polski. Nie potrafimy zakwestionować ustaleń raportu. Mówimy tylko o brakach dokumentu.
Za późno.
Akredytowany przy MAK, po którym należałoby oczekiwać reprezentowania w Moskwie polskiej o nim opinii - opublikowanie raportu oglądał w telewizji, w Warszawie.
Szef badającej przyczyny wypadku polskiej komisji stwierdził, że jej wnioski mogą być nawet surowsze dla polskiej strony.
Premier na tezy raportu zareagował po ponad dobie.
Prezydent nie zareagował wcale.
W świat poszedł obraz niedoszkolonych pilotów, nakłonionych przez podpitego szefa sił powietrznych do lądowania po omacku prezydenckim samolotem. O brakach raportu nikt na świecie nie wie. Jeśli ktokolwiek o nich wspomniał, to… właśnie, ledwo wspominał.
Przepadło.
Chyba, że… chyba, że Prezydent bądź premier zwrócił się do premiera Putina (który jako szef rządu jest zamawiającym raport) z prośbą o jego odesłanie do MAK, celem uwzględnienia tej części prawdy, na której nam zależy.