Wspomniana polityka zagraniczna ograniczyła się niemal wyłącznie do Bliskiego i Środkowego Wschodu. Niemal, bo przez kwadrans rozmawiano jeszcze o Chinach. Jak można było oczekiwać, Romney nawiązał do wyrażonej w podsłuchanej rozmowie z Dmitrijem Miedwiediewem gotowości Obamy do większej elastyczności wobec Rosji, czy decyzji o rezygnacji z budowy tarczy antyrakietowej w Polsce. Na nawiązaniu jednak się skończyło, bo prezydent nie opatrzył żadnej z tych spraw nawet słowem komentarza, a kandydat spokojnie przeszedł nad tym do porządku dziennego. Nieco więcej dyskusji wywołała sprawa stosunków amerykańsko-izraelskich, ale ona z oczywistych względów lepiej wpisywała się w dominujący wątek bliskowschodni.
Czy spokojny, wyważony, "prezydencki" wizerunek Romneya w tej debacie był celową taktyką, zmierzającą do zyskania poparcia kobiet, które mogą w tym roku zdecydować o wyniku głosowania, dowiemy się zapewne po wyborach. Być może to właśnie do nich adresowane były słowa o woli utrzymania pokoju i niechęci do wysyłania żołnierzy na jakąś nową wojnę. Być może z myślą o nich kandydat zgadzał się z polityką prezydenta tak często, że na dobrą sprawę nie do końca było jasne, dlaczego Amerykanie mieliby zamienić Obamę na niego. Może chodziło właśnie o pokazanie, że na polu międzynarodowym Romney jest po prostu bezpieczny, a prawdziwą zmianę wprowadzi w sprawach ekonomii. Może chciał się ograniczyć właśnie do takiego przekazu.
Prawda może też być zupełnie inna. Obama jako urzędujący prezydent pewniej czuje się w sprawach polityki zagranicznej i zdecydował się stanowczo to pokazać. Dopiął swego. Jego argumenty były spójne i logiczne. Sprawy wątpliwe, jak choćby atak na konsulat w Benghazi, mógł zignorować, bo Romney go nie docisnął.
Na dwa tygodnie przed głosowaniem można co najwyżej powiedzieć, że wybory będą bardzo wyrównane, a ich ostateczny wynik ustalą w praktyce mieszkańcy dziewięciu stanów, w których wynik nie jest jeszcze przesądzony. To tam przez tych kilkanaście dni można spodziewać się wieców wyborczych, to tam pójdą pieniądze na spoty telewizyjne. Reszta Ameryki może się w tym czasie zdrzemnąć. Byle obudziła się przed zamknięciem lokali wyborczych.