Po pierwsze - to argument równomiernego rozwoju kraju. Każda instytucja centralna przyciąga kadry nie tylko w niej zatrudnione. Idą za nią dziennikarze, komentatorzy, lobbyści, politycy itd. Wg prognoz demograficznych polskie miasta będą wymierać. Panowie z GUS-u prognozują, że za dwadzieścia-trzydzieści lat liczba mieszkańców w takich miastach jak Opole, Kielce, Radom i dziesiątki innych zmniejszy się co najmniej o połowę. Najpierw uciekną z nich młodzi, potem elity techniczne i humanistyczne. Zostaną starcy i ci, którzy od życia już niewiele będą chcieli. To widać już dziś - spróbujcie rano dojechać do Warszawy lub Krakowa. A gdzie indziej pustki - osamotniony urząd wojewódzki konkuruje ze szpitalem o tytuł największego zakładu pracy. Nowe instytucje zatrzymałyby lub co najmniej osłabiły ten trend.
Po drugie - to koszty administracyjne. Koszt wynajmu i utrzymania powierzchni biurowej w Kielcach, Tarnowie czy Włocławku jest nieporównywalnie mniejszy niż w Warszawie. Wiem coś o tym, bo swego czasu wykonywałem obowiązki zarządcy rządowych nieruchomości. Jak widziałem te rachunki za wodę, ogrzewanie, energię elektryczną, za mieszkania służbowe oddawane w Warszawie do dyspozycji ściąganych z Polski urzędników, to czasem chwytałem się za głowę. A administracja się jeszcze rozrosła (w porównaniu do "moich" czasów podwoiła). Dziś urzędy centralne rozsiadły się w komercyjnych biurowcach na warszawskim Służewcu, Woli czy Ochocie. Zamiast w starej kamienicy rządowej lepiej urzędować w nowoczesnym biurowcu za trzydzieści parę euro za metr kwadratowy. I nie martwic się o okablowanie, przestronne hole i kilkudziesięciometrowe gabinety.
Po trzecie - to koszty wykonywania zadań. Najstarsi Ślązacy pamiętają, że w Katowicach mieściło się Ministerstwo Górnictwa i Energetyki. Bo tak głupio się złożyło, że węgiel kopiemy głównie na Śląsku. Siedziba Orlenu jest w Warszawie, a główny zakład produkcyjny w Płocku. Wszak sprzątaczki warszawskie nie są chyba tańsze niż płockie (z szacunkiem dla jednych i drugich). Siedziba PGE jest Warszawie, a największy zakład produkcyjny (po którego biurach hula wiatr) jest w Bełchatowie. Kraków dorównuje Warszawie potencjałem kulturalnym, a tradycjami bije ją na głowę. I tak dalej i tak dalej. Na moje oko można z Warszawy już dziś wyprowadzić kilkanaście tysięcy urzędników i nie wymaga to żadnych aktów prawnych, więc Trybunał Konstytucyjny tego nie zablokuje.
Po czwarte - przykłady zagraniczne. Niemcy, Czesi, Słowacy i wielu innych. To co sam widziałem. Minister Spraw Wewnętrznych urzędują w Berlinie, a jego resort siedzi w Bonn, a poszczególne podległe mu służby jeszcze w innych miastach. Całe państwowe szkolnictwo mundurowe (Akademie Wojskowa i Policyjna) są w kilkunastotysięcznym Rużemberoku. W Berlinie ani w Bratysławie nie ma żadnego sądu najwyższego, są one w dużo mniejszych miastach.
Co zostałoby w Warszawie. Sejm, czyli trochę śmiechu i Prezydent - czyli marsze i parady. Zaś przede wszystkim Warszawa stałaby się miastem dla ludzi, a nie dla urzędników. Rozważcie to sobie Państwo.