Poszło o słowa Julii Przyłębskiej wygłoszone 14 marca, zamiast odwołanej wówczas rozprawy. Przewodnicząca składowi orzekającemu w todze i pod godłem poinformowała o jej przełożeniu, po czym stwierdziła:
Przy okazji chciałabym państwa o czymś poinformować. Otóż w dniu wczorajszym do mnie, jako prezesa, jednocześnie jako przewodniczącego składu orzekającego, wpłynął wniosek jednego z sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wniosek poza jakimikolwiek procedurami. Wniosek zmierzający do tego, aby skład orzekający podjął określone czynności w ramach orzekania. Informuję państwa o tym, dlatego że dla składu orzekającego była to sytuacja zupełnie zaskakująca i właściwie - ja mogę powiedzieć (jako sędzia orzekający) w sprawach w sądach powszechnych - sytuacja niebywała.
Natychmiast skierowałem do TK oficjalnego maila z pytaniem o to, kto jest autorem niebywałego wniosku, podjęcia jakich czynności orzeczniczych się domagał i jakie są dyscyplinarne konsekwencje takiego zachowania. Powołałem się na ustawę o dostępie do informacji publicznej, nakazującą udzielenie odpowiedzi w ciągu dwóch tygodni.
I byłem zmuszony czekać.
Dzień przed upływem tego terminu zagadka słów sędzi Przyłębskiej została wyjaśniona bez jej udziału i - jak się okazało - z nader nikłym związkiem tego, co ogłosiła publicznie, z faktami: wniosek złożył nie jeden, ale siedmioro sędziów, dotyczył on nie orzekania, a procedury itp. O sprawie napisałem tutaj >>>>
To wyjaśnienie nie zawierało jednak stanowiska autorki dziwacznego oświadczenia, Julii Przyłębskiej, zatem czekałem na jej odpowiedź.
A właściwie kilka kolejnych.
28 marca biuro prasowe TK napisało:
Uprzejmie informujemy, że wszystkie wnioski wpływające do Trybunału Konstytucyjnego, dotyczące informacji publicznej, rozpatrywane są zgodnie z kolejnością wpływu. W związku z powyższym informujemy, że Pana wniosek zostanie rozpatrzony w terminie do 18 kwietnia 2019 r.
Dołączono do tego dopisek przewidziany na wypadek, gdybym miał słabszy dzień: Ponadto informujemy, że niniejsza informacja nie stanowi merytorycznej odpowiedzi na Pana wniosek.
18 kwietnia, a więc ściśle w zgodzie z własną zapowiedzią, TK napisał z kolei:
Uprzejmie informujemy, że ze względów wskazanych w korespondencji z 28 marca br. Pana wniosek zostanie rozpatrzony w terminie do 14 maja 2019 r.
Tu też dołączono wielkoduszny dopisek dla niepełnosprytnych: Ponadto informujemy, że niniejsza informacja nie stanowi merytorycznej odpowiedzi na Pana wniosek.
14 maja zaś, a więc po upływie równo dwóch miesięcy z ustawowego terminu dwóch tygodni, otrzymałem w końcu odpowiedź merytoryczną:
Żądane informacje nie stanowią informacji publicznej, o której mowa w art. 1 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej (Dz.U. z 2018 r. poz. 1330; zwana dalej "ustawą o dostępie do informacji publicznej"). Nie wiąże się z tą informacją zasób wiedzy o zasadach funkcjonowania podmiotu obowiązanego, organizacji pracy instytucji, jak również wypełnianiu funkcji publicznych lub majątku publicznym. Żądane informacje tym samym nie mogą zostać udostępnione. Zgodnie z art. 1 ust. 1 ustawy o dostępie do informacji publicznej, którą organ stosuje przy rozpoznaniu wniosku, udostępnieniu podlega wyłącznie informacja, nosząca cechy informacji publicznej.
Teraz już wiem:
- że jeśli Julia Przyłębska coś mówi, przewodnicząc składowi sędziowskiemu TK na sali rozpraw - to nie musi być prawda,
- że publicznie postawiony zarzut próby bezprawnego wpływania na orzeczenie TK - nie wymaga wcale jego wyjaśnienia,
- że wreszcie taki zarzut nie wiąże się wcale ani z zasadami działania Trybunału, ani z organizacją jego pracy, ani z wypełnianiem funkcji publicznych.
...i wciąż nie wiem:
jednej prostej rzeczy - jeśli w słowach o "zupełnie niebywałej" próbie wpływania na działania orzecznicze sędziów Trybunału Konstytucyjnego nie chodziło o działanie, organizację pracy ani sposób pełnienia funkcji publicznych przez tych sędziów - o czym właściwie i po co mówiła 14 marca Julia Przyłębska?!