Sytuacja jest kuriozalna. Wszczęcie postępowania z urzędu w sprawie tak karygodnej jak fizyczny atak na pełniącego obowiązki funkcjonariusza wydaje się działaniem oczywistym, od dwóch dni nikt go jednak nie podejmuje. Kancelaria Sejmu przegląda taśmy monitoringu i liczne nagrania mediów na których zarejestrowany jest przebieg wydarzeń. Marszałek Sejmu zapowiada tylko kary finansowe dla posłów, którzy dopuścili się zakłócania porządku na terenie parlamentu - w grę wchodzi obcięcie połowy uposażenia na 3 miesiące albo całej diety, co może zarządzić Prezydium Sejmu.
Kancelaria Sejmu nie zamierza jednak składać w prokuraturze wniosku o podejrzeniu popełnienia przestępstwa uniemożliwiania wykonywania zadań przez funkcjonariuszy Straży Marszałkowskiej. Nieoficjalnie chodzi o unikanie zaogniania sytuacji.
Prokuratura z urzędu wszczynać śledztwa wyraźnie nie zamierza, bo teren na którym doszło do przepychanek pozostaje w zarządzie Kancelarii. Do ścigania np. zakłócenia miru domowego potrzebny jest wniosek pokrzywdzonego, a ten nie został złożony.
Na terenie należącym do Sejmu przepychali się posłowie ze strażnikami, co komplikuje sytuację nie tylko przez to, że i jedni i drudzy byli wówczas wykonującymi swoje zadania funkcjonariuszami publicznymi. I jedni i drudzy przebywali też "u siebie", trudno więc zarzucić im np. dokonanie najścia.
Zawiadomienie o podejrzeniu złamania prawa mogą złożyć parlamentarzyści. Posłowie koalicji na przykład. Niektórzy nawet to zapowiadali, ale jak dotąd nic takiego nie nastąpiło. Zawiadomienie o naruszeniu ich praw mogą też złożyć posłowie PiS, posługując się przy tym "dokumentem procesowym" uzyskanym wg prezesa Kaczyńskiego od Komendanta Straży Marszałkowskiej.
Na razie jednak nikt nie robi w sprawie szarpaniny na terenie Sejmu nic, mimo oczywistych podstaw, które wszyscy dwa dni temu widzieli w licznych transmisjach.
Niewiele jest chyba lepiej udokumentowanych audiowizualnie wydarzeń, które już na pierwszy rzut oka są tym, na co wyglądają - fizyczną konfrontacją posłów z siłami porządkowymi.
A jednak wciąż nic. W kraju, w którym istnieje nie jedna, powszechna, ale przynajmniej dwie praworządności, i działają nie jeden, ale dwa piony prokuratury, każda z własnym przełożonym nieuznawanym przez tę drugą.
Niebywałe.