Wszystko zaczęło się dość niepozornie od wody wyciekającej z toalety pokładowej. Pilot zapytał pasażerów, czy chcą mimo tej awarii kontynuować lot. Podróżni odpowiedzieli twierdząco, bo nie wiedzieli, że wyciekająca woda może utworzyć na kadłubie samolotu blok lodu, który następnie uszkodził jeden z silników.
Według drugiego pilota kapitan zarządził lądowanie w Boston, gdyż nie potrafił prawidłowo odczytać urządzeń pomiarowych. Myślał, że silnik został uszkodzony w 25 procentach. W rzeczywistości napęd prawie już nie funkcjonował. Samolot nie mógł dolecieć do Bostonu; wylądował przymusowo na lotnisku w mieście Bangor. Po całodobowej tragikomedii pasażerowie dotarli w końcu do Paryża.