Mam nadzieję, że rządowa ekipa Tuska daleka będzie od partyjnego gabinetu cieni. Że Platforma sięgnie po siły pozapartyjne, acz bardziej fachowe. Umiejące nie tylko dobrze się sprzedać, ale i zrobić coś, bez oglądania się na polityczną ostrożność i partyjne układy. Jednym słowem - że rząd będzie miał więcej wspólnego z bajkową "Ekipą" Agnieszki Holland niż ekipami dotychczasowymi - pisał w 2007 roku na blogu gospodarz Kontrwywiadu RMF FM Konrad Piasecki. Jak te wielkie nadzieje przełożyły się na rzeczywistość? Zamiast politycznej analizy wystarczy małe przypomnienie filmowych realiów.
Premier z serialu Holland ( w tej roli znakomicie sprawdził się nieznany wcześniej szerszemu gronu telewidzów Marcin Perchuć z Teatru Montownia) to bezpartyjny politolog z Zamościa, naukowiec, ojciec, mąż i pasjonat latania na motolotni. Do wielkiej polityki zostaje wciągnięty w momencie kryzysu. Dotychczasowy szef rządu - grany przez Janusza Gajosa Henryk Nowasz - musi usunąć się w cień, bo do opinii publicznej trafia sygnowane jego nazwiskiem zobowiązanie do współpracy z SB. Nowasz twierdzi, że niczego nie podpisywał, ale nie chce pociągnąć rządu na dno. Turski zgadza się zastąpić go do czasu, aż się oczyści. Rządząca koalicja decyduje się na ryzykowny krok - zgłoszenie konstruktywnego wotum nieufności wobec własnego gabinetu. Kandydaturę Turskiego jakoś udaje się przegłosować i tak zaczyna się przygoda szlachetnego idealisty z bezlitosną polityką...
Turskiego nie interesuje lans i postpolityczne gierki. Nie zmienia składu rządu, ale zaprasza do współpracy ministrów i urzędników z kancelarii poprzednika. Unika mediów, wieców, nie czuje się dobrze w świecie dyplomatycznego pustosłowia i klepania się po ramieniu. Chce działać - momentami zbyt impulsywnie i chaotycznie, ale chce działać i coś zmienić. Nie snuje ani utopijnych wizji tego, by żyło się lepiej wszystkim, ani minimalistycznych planów związanych z temperaturą wody w kranach. Od swoich ludzi nie wymaga wiernopoddańczego stosunku, ale kreatywności i zaangażowania w sprawy, którym się poświęcają.
Czy jest coś, co ewidentnie łączy historie Tuska i Turskiego? Na pewno fakt, że obaj musieli sprawdzić się w kryzysie po śmierci prezydenta ( w serialu grany przez Andrzeja Seweryna Szczęsny zginął w katastrofie zestrzelonego helikoptera, którym poleciał do Afganistanu). Trzeba jednak przyznać, że nawet z tą sytuacją poradzili sobie w diametralnie odmienny sposób - zainteresowanych odsyłam do serialu, który - nie tylko ze względu na obecną sytuację - przypomnieć sobie warto.
Złośliwi, a jak wiadomo w Internecie ich nie brakuje, mogliby powiedzieć, że ekipa Tuska więcej niż z "Ekipą" Turskiego ma wspólnego z "Ekipą z Warszawy". Nawet ci, którzy nie oglądali tego telewizyjnego kuriozum poznali z pewnością postać młodzieńca o wdzięcznym przydomku Trybson, którego jedyną ambicją uzewnętrznianą na ekranie było .... - powiedzmy, że zdobywanie - "gąsek". Sami bohaterowie bez żenady nazywali to dużo ostrzej, używając przy okazji określenia, którym w słynnym wiralowym filmiku aktor Jacek Braciak tłumaczył koledze, co robi z nim Tusk i ZUS. Może więc coś jest na rzeczy?
Wróćmy jeszcze na moment do pytania postawionego w leadzie - czy o rządach Donalda Tuska udałoby się nakręcić strawny i trzymający poziom film? Nie propagandową agitkę, nie obrazkową publicystykę, ale film - wykorzystujący i ze swobodą przynależną kinu przetwarzający wydarzenia ostatnich siedmiu lat. Muszę się przyznać, że choć jestem ostatnim człowiekiem, który nie wierzyłby w umiejętności polskich filmowców to w tej kwestii pełen jestem wątpliwości. Powiedzmy sobie szczerze - nie ma filmu bez dobrego bohatera i zajmującej historii. Kto miałby być bohaterem? O czym miałaby to być historia? O tym, że cynizm nie zna granic i nie ma takiego kapitału społecznego zaufania, którego nie można by brawurowo roztrwonić? To się nie sprzeda, tego nikt nie obejrzy. Za dobrze znamy to z życia. Zakulisowe rozgrywki i machlojki przeprowadzane w zaciszu gabinetów kręcą widzów nie od dziś, ale pod warunkiem, że są na odpowiednim poziomie. A tutaj - no cóż... Macie rację - kamieni kupa i to nie takich rzuconych na szaniec. "Sto lat" na rozpoczęcie wywiadu zamiast niewygodnych pytań jak w genialnym "Frost/Nixon" sprzed kilku lat. Oczywiście - można powiedzieć, że jakie karty, taki "House of Cards". Ale to są raczej bierki i to takie dość sfatygowane...