Niech to Komisja za nas załatwi, po co mamy dać się sprowokować - powiedział mi niedawno jeden z polskich ministrów, który wolał zachować anonimowość. Rząd udaje, że ta sprawa nie dotyczy Polski, tylko... Rumunii i Bułgarii. Nic bardziej mylnego. Rumuni i Bułgarzy już mają różne ograniczenia w podejmowaniu pracy w krajach UE, natomiast zmiana zasad, uderzy w pierwszej kolejności w Polaków.
To Polacy najliczniej emigrują w poszukiwaniu pracy. Milczenie "by nie dać się sprowokować", to niedobra strategia. W Unii Europejskiej liczą się tylko ci, którzy twardo walczą o swoje interesy. Natomiast takich, którzy stoją pod ścianą i czekają aż inni załatwią za nich jakieś sprawy, w ogóle się nie szanuje.
Gdy Polska zareagowała na dyskryminujący Polaków portal w Holandii, rząd holenderski zaczął tonować antypolską retorykę. Trzeba iść tym tropem. Polski minister spraw wewnętrznych powinien podczas spotkania unijnych ministrów spraw wewnętrznych w przyszłym tygodniu zająć zdecydowane stanowisko w obronie swobody przepływu pracowników.
Powinien postarać się o wsparcie nie tylko Komisji Europejskiej i przyszłej prezydencji litewskiej, ale krajów z Grypy Wyszehradzkiej. Na razie wynik tej batalii zapowiada się dla Polski niekorzystnie, ponieważ w imieniu Komisji Europejskiej wystąpi o wiele słabsza unijna komisarz ds. polityki wewnętrznej Cecylia Malmstrom, a nie komisarz ds. wymiaru sprawiedliwości Vivian Reding.
Reding ma żelazne argumenty i trudno ją pokonać w debacie. To ona podczas pobytu w Polsce próbowała namówić polski rząd do zdecydowanej reakcji i prosiła o wsparcie. Oczekiwanego poparcia jednak nie otrzymała. Teraz, gdy podczas spotkania bronić zasad będzie Malmstrom, a polski minister będzie milczał - sprawa może zakończyć się klęską dla Polaków.