Minister Zbigniew Ziobro nie wiedział, że jego zastępca zajmuje się koordynowaniem działania grupy hejterów, oczerniających krytycznych wobec "dobrej zmiany" sędziów z użyciem materiałów, do których dostęp miał tylko ograniczony krąg urzędników.
Przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa Leszek Mazur nie wiedział, że istotnym uczestnikiem grupy miał być jeden z dyrektorów w KRS, prywatnie mąż Małej Emi.
Marszałek Marek Kuchciński nie wiedział, że używanie przez niego rządowych samolotów podlega ograniczeniom. Nie wiedział też, że zdarzyło się, że z samolotu samodzielnie korzystała jego żona.
Dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu też o tym nie wiedział, a mimo to twierdził publicznie, że to nieprawda.
Później z kolei wyjaśnił, że kiedy mówił, że to nieprawda, to nie wiedział, że to prawda. W końcu jest dyrektorem centrum informacyjnego i nie może wiedzieć, czy wszystko co mówi to prawda.
Koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński o wszystkich tych nieprzyjemnych wydarzeniach także nie wiedział. Przecież wszyscy wiemy, że gdyby wiedział, z pewnością w ramach swoich obowiązków podjąłby odpowiednie działania, chroniące autorytet istotnych urzędów.
O niczym nie wiedział też premier Morawiecki, który jest szefem całej administracji rządowej. Nie może przecież o wszystkim wiedzieć.
Nie wiedział też prezes PiS Jarosław Kaczyński, bo przecież jako zwykły poseł nie powinien się o tym dowiadywać. Od tego są odpowiednie instytucje. A to, że marszałek Sejmu swoją rezygnację zapowiadał pod okiem prezesa w siedzibie partii, a nie w Sejmie - to czysty przypadek.
Wysoki urzędnik państwowy nie ponosi odpowiedzialności za to, że czegoś nie wie. Nawet jeśli mógł, a zapewne też powinien wiedzieć. To żelazne zabezpieczenie przed konsekwencjami wykrycia jakichkolwiek nieprawidłowości. Żeby być kryształowo uczciwym urzędnikiem wystarczy więc zadbać, żeby o uczynkach nagannych nic nie wiedzieć.
Niestety o wszystkim, czego wymienieni nie wiedzieli (choć są głosy, że powinni) ludzie dowiadują się z niezależnych mediów. To rażąca dysproporcja, w której prasa jest uprzywilejowana, a rządzący poszkodowani. Nie dość, że o kłopotach dowiadują się z mediów, to jeszcze ludzie oczekują od nich podejmowania działań.
Logika systemu nakazuje przywrócenie równowagi. Skoro rządzący nie wiedzą tego, czego dowiadują się niezależni dziennikarze, należy doprowadzić do sytuacji, w której... no właśnie;
- albo będą się dowiadywali na czas i odpowiadali za swoje działania,
- albo spróbują uniemożliwić dziennikarzom dowiadywanie się rzeczy kłopotliwych.
Pewne oznaki zapowiadają już, jaka zapadła decyzja.