Gdy wojska koalicji wjeżdżały do irackiej stolicy, wysłannicy RMF FM Jan Mikruta i Przemysław Marzec – jedyni Polacy w Bagdadzie – rozmawiali z sierżantem Bartkiem Bocheńskim, amerykańskim komandosem.
W Bagdadzie sierżant Bocheński był dowódcą czołgu: Cieszyłem się z tego, że może teraz faktycznie się zmieni tutaj. Wierzę w to, o co walczę tutaj - mówił. Po ośmiu miesiącach służby w Iraku Bartek odszedł z piechoty morskiej.
Do wojska wrócił po trzech latach. Bo ja robię, to co lubię - tłumaczy. Na świecie jest wielu ludzi, którzy potrzebują pomocy. A to wspaniałe uczucie, gdy komuś pomożesz - dodaje. Jednocześnie jednak przyznaje, że nie zawsze wojsko jest wysyłane tam, gdzie rzeczywiście jest potrzebne.
Wojnę, a przede wszystkim upadek Bagdadu, nadal wspomina, ale już mniej entuzjastycznie. Jak zajechaliśmy do Bagdadu, to wyszli ludzie, którzy dziękowali, że jednak ten ich kraj zostanie uwolniony - wspomina. Cztery lata później wciąż trudno powiedzieć, że to się udało:
Na pytanie, kto zawinił i dlaczego nie ma jeszcze porządku w Iraku, sierżant Bocheński odpowiada: Chyba komenda amerykańska trochę zawaliła sprawę, jeśli chodzi o różne taktyki w Iraku. Nie wysłali tylu żołnierzy, ilu trzeba było.
Plany Bartka na najbliższe lata? Wracam zawodowo do wojska i chciałbym wrócić do Polski. Nie byłem w Polsce 21 lat, ale coś mnie dalej tam ciągnie - zapowiada.
Sierżant Bocheński mówi, że jego jednostka dostała nowe czołgi, przechodzi intesywne ćwiczenia. Choć na razie nic oficjalnie nie wiadomo, można się spodziewać, że trafi do Iraku, Afganistanu albo nawet Iranu.