Dyrekcja miała jedynie rozważyć zamknięcie jednej jezdni. Według Rudnickiego wykonawca miał ludzi, sprzęt i mógł spokojnie ułożyć całą nawierzchnię jeszcze przed Euro, tak jak to się stało na odcinku C, na którym prace trwały do ostatniej chwili. Tymczasem na odcinku A od lutego tego roku żadne prace przy układaniu nawierzchni nie były prowadzone - informuje GDDKiA.
W ostatniej korespondencji Eurovia zgodziła się na zamknięcie tylko jednej jezdni, ale chce to zrobić od razu na całym 30-kilometrowym odcinku. GDDKiA wolałaby, by układać nawierzchnię fragmentami, np. po 8 km. Dzięki temu kierowcy przez 8 kilometrów musieliby jechać jedną jezdnią w obu kierunkach, a przez następne 8 km mieliby do dyspozycji obie jezdnie.
Spór wciąż trwa i nie wiadomo, kiedy ruszą prace. Urzędnicy drogowej dyrekcji zapowiadają, że jeśli firma nadal będzie się uchylać od prac, wynajmie inną, która dokończy układanie nawierzchni, a rachunek wystawi Eurovii.
Nasz reporter wielokrotnie kontaktował się z przedstawicielami firmy. Po wielu pytaniach usłyszał w końcu, że firma nie będzie się publicznie wypowiadać w tej sprawie.
Niestety, wciąż nie wiadomo, kiedy kierowcy zamiast produktu autostradopodobnego będą mogli korzystać z prawdziwej autostrady. Tylko na odcinku A po Łodzią nadal jeżdżą po podbudowie, obowiązuje ich też ograniczenie do 70 km/h.
Sprawa A2 to nie jedyny problem przy budowie autostrad, z którym zmaga się ostatnio Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Firmy budujące autostrady i drogi ekspresowe domagają się od niej wypłaty 3,5 mld złotych tytułem dodatkowych wynagrodzeń. Firmy twierdzą na przykład, że źle oszacowały swoje oferty bądź nie spodziewały się podwyżek cen materiałów.
Generalna Dyrekcja zamierza wypłacić wykonawcom jedynie 75 milionów złotych. Chce uwzględnić wyłącznie takie przypadki, w których wykonawcy rzeczywiście nie mogli przewidzieć rozwoju sytuacji - np. skutki ulewnego deszczu.
Dyrekcja wciąż rozpatruje roszczenia wykonawców opiewające na ponad 1,5 miliarda złotych. Żądania na kolejne prawie 2 miliardy już zostały odrzucone. Wśród nich były takie, które wykonawcy uzasadniali np. niedoszacowaniem cen materiałów. Powszechną praktyką jest, że firma wygrywa przetarg niską ceną, a później z różnych powodów domaga się zwiększenia kontraktu. Problemy zaczynają się wtedy, gdy taki wykonawca, nie bacząc na finansowanie i liczbę posiadanego sprzętu, wygrywa 10 przetargów, po czym nie jest w stanie dokończyć budowy dróg.