Decyzja prezydenta Bronisława Komorowskiego, by podpisać ustawę o in vitro w takiej właśnie, a nie innej postaci, symbolicznie zamyka okres jego prezydentury. Potwierdza też to, co dla obserwatorów życia politycznego w Polsce jest sprawą oczywistą: że była to prezydentura kompletnego braku dialogu. Mam nadzieję, że zarówno inauguracja nowej prezydentury, jak i październikowe wybory parlamentarne staną się początkiem nowego, istotnie odmiennego etapu. Czas najwyższy.

Dla wszystkich tych, którzy wspominają i cenią rok 1980 jako wybuch nie tylko Solidarności, ale też narodowej jedności i wzajemnej życzliwości, lata po 1989 roku były pasmem nieustających frustracji. Już od czasu Okrągłego Stołu coraz wyraźniej było widać, że drogi rozmaitych skrzydeł opozycji demokratycznej boleśnie się rozchodzą. Ostatnie lata przyniosły zaś tak silną polaryzację, że nawet bez istotnej obecności w debacie publicznej jawnych postkomunistów rozsądna dyskusja praktycznie przestała być możliwa, a pojęcie kompromisu zostało ze słownika politycznego współczesnej Polski usunięte. Sprawa in vitro to tylko kolejny przykład.

NAPRO I VITRO

Są sprawy, o których powinno się mówić kulturalnie. W których powinno się wykazywać umiar i powściągliwość, a padające słowa powinny być dokładnie ważone. Do takich spraw bez wątpienia należy problem niepłodności, choroby, która dla milionów Polaków stanowi prawdziwy dramat. Chciałbym wierzyć, że... czytaj więcej

Platforma Obywatelska po majowej klęsce swojego prezydenta zapewniała, że dostrzega sygnał ostrzegawczy od wyborców i zamierza walczyć o ich zaufanie. Natychmiast po tym - jak już wielokrotnie wcześniej - postąpiła jednak dokładnie odwrotnie, kolanem dopchnęła kontrowersyjną ustawę, gwałcąc po drodze sumienia nawet swoich własnych senatorów. A prezydent, rzekomo gotów skrajne stanowiska godzić, tylko to przyklepał. Zaspokojone zostały w istocie tylko oczekiwania klinik in vitro, które obawiały się, że ograniczenie liczby zarodków i ewentualny zakaz ich mrożenia pogorszą i tak nienadzwyczajny współczynnik sukcesu kontrowersyjnej procedury.

Pisałem już wcześniej, że uważam regulację sprawy zabiegów in vitro za potrzebną i zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie nie da się tego obecnie zrobić przy pełnym poszanowaniu opinii, które są in vitro przeciwne. Ale miejsce na jakiś kompromis powinno się znaleźć. Można było nawet liczyć, że w sytuacji, kiedy PO już wie, że błądziła, pojawi się tam przynajmniej odrobina refleksji i podejście do uprawiania polityki się zmieni. Nie zmieniło się. A skoro PO nie jest gotowa do najmniejszego kompromisu teraz, po przegraniu jednej kampanii wyborczej i w ogniu kolejnej, nie będzie do tego gotowa także po wyborach. Ci ludzie po prostu tak już mają.

Chciałbym wierzyć, że człowiek przeciętnie zorientowany w temacie jest w stanie równocześnie uszanować i szczere pragnienie posiadania dziecka, i szczere zatroskanie o te dzieci, które poczęte nie będą mogły nigdy przyjść na świat. Jeśli te dwie troski stałyby się punktem wyjścia do rozmowy, byłaby szansa na akceptowalne dla obu stron (choć może nie do końca satysfakcjonujące dla żadnej) rozwiązanie. Wbrew radosnym okrzykom pań z PO wyraźnie widać, że takiego rozwiązania na razie nie znaleziono - mam nadzieję, że szansa na to jeszcze się pojawi.


PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

Ustawa o in vitro podpisana. Jeden punkt do TK