Jeśli rząd PiS sprzeciwiłby się kandydaturze Donalda Tuska na drugą kadencję, to mocno zmalałyby jego szanse na ponowne objęcie stanowiska szefa Rady Europejskiej. W Brukseli ping-pong pomiędzy Kaczyńskim, a Tuskiem komentuje się bez większych emocji - bardziej jako element wewnętrznej polskiej polityki. To, że Tusk chce debatować z Kaczyńskim to się tutaj prawie w ogóle nie przebiło, natomiast większym echem odbiła się wypowiedź prezesa PiS.

Jarosław Kaczyński / Radek Pietruszka /PAP

Jeżeli polski rząd zdecydowanie przeciwstawiłby się wyborowi Tuska, to raczej nie ma on już szans. Trudno wyobrazić sobie, żeby zyskał poparcie kandydat przy głosie sprzeciwu kraju, z którego pochodzi - wyjaśnia jeden z moich rozmówców.

Jednak mało kto wierzy w Brukseli, żeby Polska wystąpiła przeciwko Polakowi na tak ważnym unijnym stanowisku. Czy w interesie Polski będzie postawienie Tuska przed sądem czy pozostawienie go na tak ważnym stanowisku? To będzie pytanie, na które będą musieli sobie odpowiedzieć rządzący w Warszawie - mówi mi jeden z zagranicznych dziennikarzy.

Jego zdaniem żaden z dużych, europejskiej krajów nie miałby wątpliwości, co wybrać. Bo na odejściu Tuska straciłby cały region Europy środkowo-wschodniej. W najbliższych latach żaden z krajów naszego regionu nie ma szans na objęcie tego stanowiska. Tusk na czele rady Europejskiej zamyka usta tym, którzy uważają, że po ponad 10 latach od rozszerzenia UE, kraje Europy Środkowej nie są wystarczająco reprezentowane w unijnych instytucjach. Na miejsce Tuska zostałby wybrany prawdopodobnie Włoch, socjalista. Ucieszyłby się więc region Europy południowej, z Francją na czele.

Poparcie dla naszej wizji unijnej polityki imigracyjnej także by zmalało. Szanse Tuska na razie są bardzo duże. Jest obecnie wręcz idealnym kandydatem. Nie dlatego, że jest świetny, ale dlatego, że obecnie nikomu nie przeszkadza, nikomu się głęboko nie naraził, jest bierny, w miarę przeźroczysty i nijaki. W tym sensie to dla większości unijnych przywódców kandydat idealny.

(abs)