Pan Maciej oddał do tłumaczenia jedną stronę tekstu. Dostał dwie napisane dużo większą czcionką z większymi odstępami. Na pytanie skierowane do tłumacza dlaczego tak zrobił usłyszał, że w maszynie do pisania nie można zmienić rozmiaru czcionki. Tłumacze więc, na komputerze, posługują się rozmiarem jak w znormalizowanym niegdyś maszynopisie: 1125 znaków na stronie A-4.
A że w komputerze można zmniejszyć? No cóż, problem pana Macieja. W oryginale dokument, który był zmuszony przetłumaczyć na język rosyjski napisany był czcionką 11-tką. Wychodzi jakieś 2600 znaków na stronę. A że nie była cała zapisana rozłożyło się zgodnie ze standardem 1125 na 2 strony.
No cóż zapłaciłem, ale tu nie chodzi o te 45 czy 50 złotych - denerwuje się pan Maciej. Przecież wykonywana jest usługa tłumaczenia konkretnego tekstu. Dlaczego mamy płacić tylko dlatego, że jeden wyraz nie mieści się i już tłumacz może naliczyć opłatę za kolejną stronę? Takie rzeczy powinny być dostosowane do obecnych realiów - mówi.
Co na to tłumacze? Nieoficjalnie się śmieją z tego, ale z drugiej strony przetłumaczyć jedno słowo, czy zdanie i zainkasować honorarium jak za całą stronę? Kto by nie chciał. W myśl archaicznych przepisów jeśli tylko chcą - mogą tak zrobić.
No cóż - jak w życiu - czasem jedno słowo za dużo może nas kosztować bardzo drogo.