Moje deja vu ma związek z przewidywanymi wynikami. U progu kampanii - tak jak pięć lat temu - uważałem, że zwycięstwo kandydata PiS jest niemal nieprawdopodobne. Wtedy wiązałem to z patriarchalną, mało kampanijną i wiecową osobowością Lecha Kaczyńskiego. Teraz - z ciągle żywym poczuciem "traumy postpisowskiej" i fatalnym wizerunkiem Jarosława Kaczyńskiego.
Dynamika kampanii - tak jak przed pięciu laty - każe mi dziś mocno przewartościować pierwotny osąd. Seria wpadek i gaf Komorowskiego, jego dziwaczna nieporadność, przy konsekwentnie budowanym, nowym obrazie, ciągle mocno ukrywanego Kaczyńskiego, dają sondażowe efekty.
Lider PiS zaczyna deptać po piętach kandydatowi Platformy i jeśli sztab PO nie wymyśli czegoś, co da nowy impuls tej kampanii, to w dniu pierwszej tury różnica głosów na korzyść Komorowskiego może być naprawdę niewielka. A druga tura będzie loterią. Bo wiadomo, że sprzyjająca Komorowskiemu, wysoka frekwencja, w trzecim tygodniu wakacji jest mało prawdopodobna. I choć - moim zdaniem - głosy innych kandydatów pójdą raczej za kandydatem Platformy (a może raczej przeciwko kandydatowi PiS) to zdyscyplinowany elektorat Jarosława Kaczyńskiego może - mimo wszystko - przeważyć szalę. A wtedy coś, co przed miesiącem wydawało się niemal wszystkim - łącznie ze sztabowcami PiS - nieprawdopodobne, stanie się faktem.