Na pierwszy rzut oka rozwój wypadków sprzyja Obamie, bo jeśli nie przegrywa debat, to je wygrywa i utrzymuje przewagę. McCain jest w gorszej sytuacji, bo czas mija, a on - "choćby nie wiem, jak się natężał" - stoi w miejscu i nic nie zyskuje. A może nawet wcale się nie natęża? Można jednak oczekiwać, że w ostatniej, trzeciej debacie bedzie musiał zaryzykować, jakoś się wyróżnić, podważyć przekonanie, że kandydat Demokratów nadaje się na prezydenta. Może się też okazać, że i Obama będzie musiał podnieść stawkę. Niektórzy analitycy przewidują, że w głosowaniu kilka punktów może mu uciec ze względów rasowych. Na razie nie widać tego w sondażach, trudno się do takich uprzedzeń we współczesnej Ameryce przyznawać, ale w zaciszu kabiny decyzje wyborców mogą być różne. Demokratom brakuje co najmniej kilku punktów, by czuć się bezpiecznie. Tym bardziej, że Al Gore i John Kerry też w ich przekonaniu wygrywali debaty, prowadzili w sondażach i do Białego Domu się nie dostali.
Gdyby pół roku temu ktokolwiek przewidział, jak poważny bedzie obecny kryzys na rynkach finansowych, McCainowi nie dałby żadnych szans. To, że Obama go jeszcze całkowicie nie pogrążył powinien budzić u Demokratów co najmniej delikatny niepokój. Od najbliższych tygodni wciąż wiele zależy. Amerykanie nie myślą teraz o Iraku i Afganistanie, ociepleniu klimatu, małżeństwach gejowskich, czy komórkach macierzystych. Myślą o tym, jak spłacić kredyt, jak zachować dom, jak nie stracić pracy i oszczędności. To bardziej podstawowe pytania. Tu już mniej ważne jest, kto za ten kryzys odpowiada, ważniejsze, kto będzie w stanie kraj z niego wyciągnąć. Wydaje się, że zdecydowanej odpowiedzi na to pytanie jeszcze nie ma. To szansa Johna McCaina i zmartwienie Baracka Obamy. Od tego, jak przekonująco wypowiedzą się na ten temat w ostatniej debacie może zależeć, czy Obama lekko, łatwo i przyjemnie wygra, czy jednak wybory będą trzymać w niepewności do końca.