Minęło 300 dni wojny. W rosyjskiej telewizji koncert artystów, którym towarzyszy kwartet smyczkowy. Zapowiada go pani z nieco agresywnym makijażem. Kurczowo trzyma się mikrofonu. Przed występem jakiś pieśniarz wygłasza expose - według niego to zaszczyt umierać za ojczyznę. Zamiast śpiewać miłosne ballady, mówi o śmierci. O tym, jak to na wojence ładnie. Nie znalazłem w sieci nagrania z całego koncertu. I bardzo się z tego cieszę! Wątpię, by apologeci trupów potrafili w ogóle śpiewać. Czy po to Bóg dał im struny głosowe?! A wszystko to w podniosłej atmosferze jakiegoś chorego nabożeństwa. Jaki ruski mir, taki kościół!
Ukraiński wietrze - rozplątywałeś pszeniczne warkocze dziewcząt, a dziś smagasz twarze poległych żołnierzy. Twój oddech trąci smrodem ludzkiego ciała - nerwowym potem i kałem. Dymem z papierosa wdmuchiwanym w mundur, żeby nie dostrzegł go snajper. Także kwaśnym aromatem artyleryjskiego prochu i śniegiem topiącym się na rozgrzanej lufie karabinu. Już nie szumisz beztrosko na równinach - drzewa nie mają dla ciebie gałęzi, a gałęzie nie urodzą już liści. Błąkasz się bezdomny między rdzewiejącymi wrakami czołgów. Jest ci coraz zimniej, a mimo to dmiesz. Nie zasłużyłeś na taki los - ukraiński wietrze.
W Rosji rozgorzała debata - jesteśmy inni, wyjątkowi. Tylko my wiemy, na czym polega duchowość i jak należy kochać ojczyznę. Wraca bumerang śmierci honorowej, bo za kraj mlekiem i miodem płynący. Garnitury przed kamerą przekonują się nawzajem, jacy to Rosjanie są lepsi, jak Zachód jest od nich gorszy, że siła charakteru przyniesie w końcu zwycięstwo. Odnoszę wrażenie, że reżimowa telewizja przygotowuje widzów na jakąś monumentalną ofiarę. Rosjanie będą umierać na ołtarzu złotego cielca z Kremla, bo wmówiono im, że to piękny sposób zakończenia biologicznej obecności na Ziemi.
Przełączam na inny program. Starszy mężczyzna z siwą brodą upiera się, że Lenin i Stalin byli prorokami. Cytuje nawet fragment z Biblii, który przepowiada, że spoczną kiedyś obok siebie na wielkim placu. Mówi o tym z takim przekonaniem, jakby tłumaczył widzom trzecią zasadę dynamiki albo słynne równanie Einsteina. Choć w oczach prowadzącego program dostrzegam pewne niedowierzanie, nikt mu nie przerywa. Mędrca oświetlają studyjne reflektory. Przekaz biegnie do milionów. Część widzów machnie na to ręką, ale wielu uwierzy w religijną misję duetu Lenin i Stalin.
Na jednym z wieżowców Kijowa zupełnie inna iluminacja - napis 100K. To liczba zabitych i rannych po rosyjskiej stronie, która przekroczyła magiczną granicę. Bożonarodzeniowe światełka wyglądały kiedyś inaczej, ale nie w tym roku! Nie ma reniferów i brodatego starca na roztańczonych saniach. Stolica Ukrainy pogrążona jest w ciemnościach, ale na ten jeden napis prąd musiał się znaleźć. Nie mnie dyktować obrońcom, że nie wypada tańczyć na cudzych grobach. Tym bardziej, ze motorniczym tego liczydła jest Putin i miliony szarych Rosjan omamionych wizją szaleńca. Megalomania ma swoją cenę. Właśnie dobiła okrągłej liczby.
Mieliśmy powtórkę z historii. Wołodymyr Zełenski wystąpił na forum obu izb amerykańskiego Kongresu. Podobnie zrobił Churchill w 1941 roku, gdy na Londyn spadały nazistowskie rakiety. Prezydent nie miał na sobie prążkowanego garnituru. Przyleciał do Waszyngtonu w zielonym swetrze z wyhaftowanym na piersi tryzubem. Wyglądał jak mąż stanu po treningu na siłowni.
W swoim przemówieniu Zełenski zmieszał nieprzejednanie wobec Rosji z wdzięcznością dla Stanów Zjednoczonych. "Nie przybywam do was po jałmużnę - powiedział - wasza pomoc jest inwestycją w przyszłość". Trudno z tym dyskutować.