Podczas moich rozmów marzyłam wręcz, żeby któryś z polityków powiedział w końcu: nie znam tej sprawy, najpierw proszę przesłać mi mailem ten raport eurodeputowanej, tę strategię komisarza czy propozycję Brukseli. Niestety, żaden z polityków nie miał refleksu, by powiedzieć: "nie wiem", "sprawdzę" lub wręcz przyznać, że nie może się wypowiadać na temat jakiegoś raportu czy inicjatywy, której nie zna. Wszyscy wykazali się brakiem odpowiedzialności.
Można to nawet nazywać arogancją, butą, poczuciem wszechwiedzy. Sądzę, jednak, że są to po prostu kompleksy. Politycy nie radzą sobie z tym, że świat jest coraz bardziej skomplikowany (i Unia Europejska także!) i że coraz częściej trzeba o coś dopytać i coś sprawdzić. Aż strach pomyśleć co będzie, gdy spotkają unijnych polityków czy urzędników, którzy doskonale wiedzą czego chcą, znają tajniki unijnej polityki i potrafią niejednego wyprowadzić w pole.
Druga rzecz, która mnie zmartwiła, to obraz Unii Europejskiej, który wszyscy (a więc od prawej, poprzez środek do lewej) - prezentują. Wiedza polityków na temat instytucji europejskich jest - delikatnie mówiąc - znikoma. Moi rozmówcy pokazali, że niewiele wiedzą o kompetencjach Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. Gdyby np. kandydaci PO i PiS wiedzieli, że edukacja i zdrowie nie należą do kompetencji UE, wiedzieliby, że Bruksela nie może wprowadzić jednolitego podręcznika do nauczania historii czy zakazać sprzedaży alkoholu seniorom, nie mówiąc już o namawianiu do seksu...
Niepokoi mnie, że zarówno euroentuzjaści jak i eurosceptycy (czy eurorealiści) są przekonani, że Unia może wymyślić każdą bzdurę i że wymyśla absurdy w każdej możliwej dziedzinie. Jeżeli politykowi nie zapala się czerwona lampka, gdy pytam o unijne zezwolenie na wycięcie drzewa w Polsce, to jaki on ma obraz Unii Europejskiej? Jak z tabloidów, które piszą tylko o krzywiźnie banana. Od polityków kandydujących do europarlamentu wymagałabym więcej.
(abs)