31-letnia Grace Gelder z Wielkiej Brytanii dobrze przemyślała ten poważny problem i postanowiła związać się na stałe z osobą, której nigdy nie przestanie kochać i będzie jej wierna do końca życia. Nie był to jednak żaden mężczyzna, ani kobieta, ani nawet pies, kot, chomik, czy inne zwierzę, ani drzewo, ani zachód słońca. Mężczyzna może bowiem zdradzić, kobieta również, pies pognać za suką, kot pójść własnymi ścieżkami, chomik zgubić się w trawie, drzewo spróchnieć, a zachód słońca nie być za każdym razem wystarczająco czuły. Wyciągnąwszy właściwe wnioski wzięła więc ślub sama ze sobą podczas specjalnej ceremonii w Devon, by podkreślić - jak to sformułowała - wagę własnego samorozwoju.
W artykule dla "The Guardian" wyjaśniła, że jest samotna od niemal sześciu lat i "zbudowała ze sobą wspaniałą relację". Pokochała więc i poślubiła najdroższą osobę, osiągając przy okazji szczyt politycznego słuszniactwa (political corectness). "Jestem na drodze osobistego rozwoju, wykorzystując medytację, taniec i sztukę, by zwiększyć samoświadomość" - powiedziała brytyjskiej gazecie i dodała, że używa do tego między innymi tantrycznego programu skupionego na seksualności.
Jak odbyła się ta uroczystość? Pięknie, godnie i mądrze. Była biała suknia, był też tradycyjny pocałunek, tyle że nie kogoś innego, ale własnego odbicia w lustrze. Media milczą na temat tego, czy Gelder włożyła obrączkę lewą rękę na palec prawej i vice versa.
Panna młoda ma natomiast nadzieję, że jej ślub stanie się przykładem dla innych mężczyzn i kobiet (a co z transwestytami?) , którzy chcieliby poświęcić swoje życie miłości własnej. Przyznała też że ślub nie ma mocy prawnej, ponieważ nie wyklucza wstąpienia w przyszłości w związek małżeński z drugim człowiekiem (skąd to ograniczenie?). Nie wiadomo jednak, czy weźmie najpierw rozwód ze sobą.
I to mnie najbardziej martwi z filozoficznego i psychologicznego punktu widzenia: czyżby Grace Gelder zakładała, że odkocha się i zdradzi samą siebie?