Kobajat, na północy Libanu. W niewielkim, ciemnym pokoju w oczy rzuca się skromne łóżko, albo raczej posłanie, rozścielone na podłodze. Tuż obok kształtuje się drobna kobieca sylwetka. To Fatma. Ma 22 lata. Trzy lata temu uciekła z bombardowanego Homs. W ostrzale, na jej oczach ginie ojciec. Nie mogę się ruszać, potrzebna jest pilna operacja - skarży się kobieta. Leczenie w klinice w Bekaa kosztowałoby tysiąc dolarów. Rodziny nie stać na takie wydatki.
Biedne, syryjskie rodziny pomoc medyczną mogą dostać w darmowej klinice w Bire. Nad drzwiami widnieje biało-czerwona flaga, a w środku stoi tłum rodziców z małymi dziećmi. Klinikę prowadzi Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Codziennie jest pielęgniarka, kilka razy w tygodniu ginekolog i pediatra. Leczę głównie infekcje, zakażenia. Z powodu kiepskich warunków życia dzieci mają słaby układ immunologiczny - tłumaczy mi doktor Ibrahim Merhab. Klinika, wyposażona przez polską ambasadę w Bejrucie, walczy o przetrwanie. Na razie środki wystarczą im do końca maja.
Jest południe. Kuzynki Fatrije i Esma siedzą przed garażem, który od niedawno jest ich domem. Opiekują się dwuletnia Asiją. Pytam, skąd są. O stamtąd, tam jest rzeka i granica. Zaraz tam, za rzeką - odpowiada Fatrije.
Pytam, o czym marzą. O Syrii. Chcemy tam wrócić - ze łzami w oczach mówi Esma.
Kolejna wizyta zaczyna się od łez. Mąż cierpi na straszną depresję - mówi mi Razhwa. Oboje nie możemy mieć dzieci, leczymy się - opowiada Syryjka. Jej mąż, Ahmed, w Homs miał sklep. W przedsionku zagrzybionego pokoju, która teraz jest ich mieszkaniem, stoją pojedyncze półki, a na nich towary kupione od libańskiego pośrednika za pożyczone pieniądze. Słodycze Ahmed rozdaje dzieciom innych uchodźców. Żyjemy, ale jesteśmy martwi w środku - mówi mi na pożegnanie.
Meneyeh, przedmieścia libańskiego. Siedzę w kucki na dywanie z syryjską wdową. Dżihad Ismail na komórce pokazuje film - na nim jej syn, 25-letni Omar. Mężczyzna kreci się w kółko, bije po udach, pada na podłogę. Mój syn widział śmierć swoich kuzynów. Od tego czasu bardzo choruje - tłumaczy Dżihad.
Omar, obudzony głosem z komórki, wstaje z łóżka, w którym pod wpływem silnych leków spędza większość dnia. Siada z nami, przytula się do drobnej kobiety. Mamo, ja nie chcę żyć. Chcę umrzeć - mówi do zapłakanej Dżihad. Synku znajdę ci narzeczoną, taką z blond włosami - głaska go po głowie matka. Po chwili oboje płaczą. Nikt nie umie nam pomóc, lekarze rozkładają ręce - skarży się kobieta.
W Trypolisie pada ulewny deszcz. Meneyeh, rolnicze przedmieście Tripoli tonie w błocie. Po jednej stronie pełnej kałuż drogi foliowe tunele ogrodnicze, z prawej tymczasowe obozowisko i grupka umorusanych sześciolatków. Na zaproszenie jednej z kobiet wchodzę do baraku z dykty. Jesteśmy z Homs, uciekłyśmy z Syrii - opowiada mi gospodyni.
W środku jest ciemno. Powoli liczę dzieci - gubię się przy dziesiątym. Pod jednym dachem żyją trzy sąsiadki z tej samej ulicy. Ich mężowie są w pracy, dzieci bawią się w błocie przed obozowiskiem. Libańskie dzieci nas przeganiają - skarżą się maluchy. Syryjczycy mieszkają tu od trzech lat, nie stać ich na wynajęcie pokoi. Jeden pokój to minimum sto dolarów miesięcznie. Barak dla całej rodziny - tylko piętnaście. Tęsknię za Syrią - macha na pożegnanie dziesięcioletni Mustafa.
Burj Hammoud to uboga, ormiańska dzielnica Bejrutu. Pięcioosobowa rodzina Daniela mieszka tu od roku. Razem z żoną i trzema córkami uciekł przed śmiercią z rąk bojowników tzw. Państwa Islamskiego. Złapali trzysta osób, starców, dzieci. Zamordowali dziesięć, w tym dwie dziewczynki - opowiada mężczyzna.
Małżeństwo utrzymuje się głównie z pomocy od amerykańskiej rodziny i dorywczej pracy. Oboje uczą angielskiego. Pytam, jak to jest być chrześcijaninem w Syrii. Przed wojną było doskonale. Nasi sąsiedzi to sunnici. Teraz bandyci z kałasznikowami twierdzą, że to oni są prawdziwymi muzułmanami - odpowiada gospodarz. Daniel żegna mnie jedynym polskim słowem jaki zna - "dobrze, dobrze". W latach osiemdziesiątych służył razem z Polakami na wzgórzach Golan.
W niewielkim biurze szejka Mohammeda Merheba w Bire tłok. Większość czekających na pomoc to uchodźcy, Syryjczycy. Pytają gdzie znaleźć nocleg, proszą o pomoc finansową i medyczną. Ja pytam, gdzie tej pomocy powinni szukać. Tu, czy w Europie? Tu, blisko swojego kraju. Podróż do Europy to dla nich niebezpieczeństwo, tu możemy im lepiej pomóc - odpowiada lider lokalnej społeczności.
Podobnie uważa Wahed Al Massim, bogaty lokalny przedsiębiorca. Nie możemy pozwolić, żeby rodziny mieszkały na ulicy. To ludzie, tacy jak my - tłumaczy mężczyzna. W kilku domach, które zbudował na kredyt zaciągnięty w banku, daje schronienie kilkunastu rodzinom. Czynsz, który pobieram to tylko sto dolarów, znacznie mniej niż inni - dodaje z dumą Al Massim.
Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej na północy Libanu działa od czterech lat. Fundacja zajmuje się przede wszystkim zapewnieniem dachu nad głową uchodźcom z Syrii. Dzięki środkom przyznanym przez MSZ i międzynarodowym dotacjom PCPM do tej pory zapłacił za czynsz prawie 20 tysięcy uciekinierów. Organizacja szuka środków na dalsze prowadzenie darmowej kliniki.