Zagrożony pas obejmuje zatem większość Ziemi i jest kilkaset razy większy od powierzchni Polski. Według wyliczeń astronomów prawdopodobieństwo, że upadły satelita trafi w nasz kraj sięga 0,1%, więc jest zbliżone do szansy wyrzucenia za pierwszym razem, czterema kostkami, samych szóstek. Poza tym Amerykanie mają przecież w nadchodzących dniach zastrzelić zbuntowanego szpiega, a nawet jeśli nie trafią i spadnie całość, a nie szczątki, to czy kto słyszał, żeby któryś ze spadających satelitów zrobił komuś kiedyś krzywdę?
Nikt! Co prawda ten ma ponoć bardzo żrące paliwo, a na pokładzie najnowocześniejszy (czytaj najtajniejszy) sprzęt, ale inne rządy nie trąbią o mobilizacji na takim szczeblu. Tylko polski minister obrony ujawnił, że zaalarmował armię i podsunął Polakom (za naszym pośrednictwem) temat do rozmów i to na cały tydzień.
Po co?
Strach szepcze: "do cna zepsuty kosmiczny zboczeniec jednak leci na Polskę bardziej niż na inne krainy".
Rozsądek odpowiada bez przekonania: "armie innych sojuszniczych krajów też będą zaalarmowane, ale po weekendzie".
Nadzieja mami: "nie będą, bo tylko nasz rząd tak dba o obywateli".
Złośliwość prowokuje: "nasz minister obrony jest najszczerszy na świecie".
Zawodowe skrzywienie podsuwa: "polska armia też bierze udział w tych ćwiczeniach" albo "wykorzystują sytuację dla propagandy tarczy antyrakietowej, która ma przecież służyć do zestrzeliwania niepotrzebnych rzeczy latających nam nad głowami" plus kilka innych spiskowych pomysłów.
Z telewizji słyszę tylko: "ta satelita jest satelitą amerykańską (!)
A Państwo, co czujecie?