Premier Theresa May przyjęła te rezygnacje ze stoickim spokojem. Wie, że może ich być więcej. Jak powiedziała podczas konferencji prasowej na Downing Street, wynegocjowany kompromis jest najlepszym z możliwych układów. Nie da się wychodząc z Unii Europejskiej zachować wszystkie wcześniejsze przywileje, ale to porozumienie - jej zdaniem - spełnia podstawowe obietnice referendum: Wielka Brytania zakończy swobodny przepływ ludności, ocali gospodarkę i uniezależni się od unijnego prawa. Będzie mogła samodzielnie decydować o swoim losie. Problem w tym, że nie jest to analiza precyzyjna.
Warunki rozwodowe musiały szczególnie wziąć pod uwagę Irlandię Północną. Powrót fizycznej granicy między Republiką a Ulsterem jest wykluczony - takie rozwianie niweczyłoby postanowienia Wielkopiątkowego Porozumienia, które w 1998 roku położyło kres bratobójczym walkom katolików z protestantami. Według wynegocjowanego kompromisu całe Zjednoczone Królestwo pozostanie po Brexicie w unii celnej. Oznacza to, że Wielka Brytania i Irlandia Północna będą mogły bez przeszkód i kontroli na granicach kontynuować handel ze Wspólnotą do momentu zawarcia nowych umów z Brukselą. Problem w tym, że jakiekolwiek spory w tym okresie rozstrzygać będzie Europejki Trybunał Sprawiedliwości, a więc ciało, którego brexitowcy nie lubią szczególnie. Dla niech zawsze było symbolem poddania wobec Brukseli.
Jest jeszcze kwestia ram czasowych. Wielka Brytania pozostanie w tym układzie, dopóki nie wynegocjuje nowego porozumienia handlowego z Unią Europejską. Nie wiadomo, kiedy to się stanie. Pozostanie w unii celnej jest zatem bezterminowe, a gdyby Londyn chciał z niej zrezygnować, nie będzie mógł tego zrobi samodzielnie. Potrzebna będzie na to zgoda Brukseli - wszystkich 27 państw członkowskich Unii. W tym aspekcie sprawy, w gruzach kładzie się teza o zerwaniu więzów politycznych z europejską Wspólnotą. W dodatku Irlandia Północna, nawet w przypadku wyjścia Wielkiej Brytanii z tego układu, nadal podlegałaby unijnym prawom, by swobodnie i bez granicy handlować z Republiką. Na to nie zgadzają się probrytyjscy politycy w Ulsterze, widząc w tym wbijanie klina w konstytucyjne podstawy Królestwa. Według nich nie może być żadnych różnic między Ulsterem a resztą Korony.
Północnoirlandzka partia DUP to ultra konserwatyści. Mają dziesięciu deputowanych w Izbie Gmin i to na ich wsparciu opiera się parlamentarna większość premier Theresy May. Jeśli wycofają się z nieformalnej koalicji, jej rząd stanie się de facto mniejszościowy. Jeśli dodać do tego bunt w szeregach Konserwatystów z powodu nieudanego, ich zdaniem, porozumienia z Brukselą, szanse na przeforsowanie jakiejkolwiek rządowej ustawy w parlamencie stają się dla obecnej administracji zerowe. W grudniu głosowaniem ma zakończyć się debata nad wstępnym tekstem porozumienia z Brukselą. Opozycja już ostrzegła, że go odrzuci. Szanse na szybkie sfinalizowanie Brexitu są za to nikłe.
Wyjście Wielki Brytanii z Unii Europejskiej bez porozumienia jest teoretycznie możliwe, ale mało prawdopodobne. Dla obu stron byłoby to katastrofą. Premier Theresę May prawdopodobnie czeka votum nieufności. Jeśli go przeżyje, wyruszy na z góry przegraną batalię w parlamencie. Wówczas na scenie politycznej pozostaną inne opcje wobec Brexitu: mało prawdopodobny powrót do negocjacyjnego stołu, przedterminowe wybory, a nawet drugie referendum. To nie jest ostatnia prosta historii, którą w czerwcu 2016 rozpoczęło referendum. To skomplikowany i stromy slalom.
(j.)