Najlepszy w przedszkolu byłem w opowiadaniu wszystkim zmyślonych historyjek, od których - gdy były za długie - koledzy uciekali, bawiąc się kolejnym Spider- i Supermanami. To wydawało mi się wówczas zwyczajnie głupie, na pewno znacznie głupsze, niż moje ćwiczenia przed lustrem sytuacji, w których wygłaszam mowę po odebraniu Oscara.
Minęło wiele czasu, nim zorientowałem się, że jeśli zostałbym już - jak marzyłem - znanym na cały świat reżyserem filmowym, moje wyciskające łzy tragedie przegrywałyby zawsze z opowieściami o superbohaterach. Bo widzowie potrzebują raz na jakiś czas obejrzeć historię mężczyzny, który, o własnych siłach, ratuje świat przed całym złem.
Pierwszego w niebiesko-czerwonym kostiumie zobaczyłem Christophera Reeve’a, w produkcji "Superman" z 1978 roku. Wiedziałem jednak, że nie wyglądałbym w tym stroju ani trochę fajnie - i nawet nie dlatego, że nie do twarzy mi w tych kolorach. Reeve tak ubrany prezentował się przecież nieźle, Michael Keaton w "Batmanie" z 1989 roku wypadał zresztą w czarnym lepiej, niż każdy wcześniej i później.
Prawda - ten "Batman" był, jest i pewnie będzie klasykiem kina przez wieki, zważywszy jeszcze na genialną rolę Jacka Nicholsona jako Jokera. Prawdą jest też, że trudno nie być zauroczonym tym filmem tak po prostu, bo to naprawdę świetna produkcja. Ale ogromną zagadką pozostają dla mnie dziesiątki, jeśli nie setki, innych fabuł z herosami na pierwszym planie. Nigdy nie widziałem w nich większego sensu.
Nie podobał mi się - publiczności, nie linczuj mnie! - "Matrix" rodzeństwa Wachowskich (wówczas, w 1999 roku, przed operacją zmiany płci Larry’ego - braci Wachowskich). Neo był dla mnie drewniakiem i niczym nie różnił się od Keanu Reevesa z wcześniejszych filmów "Speed", "Adwokat diabła", czy późniejszego "Constantine". Średnio wypadł też Hugh Jackman w "X-Menie", jeszcze gorzej jednak w "Van Helsingu" z 2004 roku, gdzie jako najsłabsza karykatura twardziela zabijał wampirzyce na zlecenie Watykanu. A szkoda, bo akurat Jackman jest świetnym aktorem, czemu dowodzi choćby w "Labiryncie", który gości właśnie na ekranach polskich kin.
Jakoś bardziej po drodze było mi zawsze ze Spidermanem, tym z 2002 roku przede wszystkim - kiedy Tobey Maguire oczarował świat swoim niezwykłym talentem. Spiderman był jakby bardziej przyziemny (jeśli można tak powiedzieć o facecie, który wspina się po ścianach), bardziej ludzki niż wymienieni poprzednicy: choć jego kolega, Superman, za dnia widywany był w gustownych okularkach i wytwornym garniturze, ogólnie budzić może w widzach raczej rozbawienie, niż stosowny szacunek dla śmiałka.
Ale był jeden superbohater, który zdecydowanie rozłożył całą resztę na łopatki. Nie był to ani komiczny Hulk, ani drażniąco skaczący Jumper, ani irytujący Hancock. Najlepszym herosem, jakiego zdarzyło mi się spotkać na ekranie, był Robert Downey Jr. jako Iron Man.
Tony Stark, multimiliarder z hedonistycznym podejściem do życia, buduje zbroję, która pozwala mu nokautować każdego, kto stanie mu na drodze, rozwalając przy tym domy, autostrady, dzikie wioski terrorystów - słowem: wszystko, co nie jest mu przyjazne. Nierozpoznany przez znajomych, sieje zamęt jako Iron Man, dzieląc świat wyłącznie na tych, którzy stoją ramię w ramię z nim, oraz na tych drugich. "Iron Man" z 2008 roku zyskał na świecie setki milionów dolarów, doczekał się kontynuacji, wyniósł na piedestał aktora grającego tytułową postać, ale - jak każdy tego typu film - został zalany falą popłuczyn przez cierpiących na brak dystansu widzów. Bo przecież nie wszyscy mogą traktować opowieści o superbohaterach z przymrużeniem oka.
"Iron Man" to nie śmiertelnie poważna historia. Kiedy mamy się śmiać - dostajemy dobry żart, kiedy mamy czuć dreszcz emocji - siedzimy twardo w fotelu, owładnięci masą świetnych ujęć i porażającą muzyką. Przede wszystkim "Iron Man" jednak to wyśmienita gra aktorska. I choć nie wszystko możemy tu sobie logicznie wytłumaczyć (na przykład scenę, w której zwykła pani domu przeprowadza przeszczep elektronicznej części, będącej motorem napędzającym organizm Tony’ego Starka), to przecież nie o to w filmach z pogranicza kryminału i science fiction chodzi. Nie wszystko musi być poukładane i zgodne z rzeczywistością, kiedy cały główny wątek jest od niej zdecydowanie oderwany. Wszak jeśli z góry założymy, że film jest naciągany i zupełnie pozbawiony sensu, nawet "Resident Evil" może nam się spodobać.
Każdy jeden heros z filmu jest nam jednak zupełnie potrzebny. Kiedy bowiem na nich wszystkich patrzymy, zaczynamy wierzyć, że da się zmieniać świat - może nie tak spektakularnie, ale co najmniej na swoim podwórku. Ja przecież ani superbohaterem, ani - choć bardzo pragnąłem - reżyserem filmowym odbierającym Oscary nie zostałem, ale mogę codziennie walczyć: ze słabościami, z kiepsko działającą komunikacją miejską, z parasolem na deszczu. I przynajmniej nie robię tego w jakimś ordynarnie opinającym moje ciało skafandrze...
UWAGA KONKURS!
Przygotowaliśmy dla Was pytanie konkursowe! Wystarczy dokończyć zdanie: "Superbohater mojego dzieciństwa to...". Na odpowiedzi z uzasadnieniem czekamy do środy, 13 listopada, do godziny 12:00, pod adresem redakcja@rmfon.pl. W tytule wiadomości wpiszcie: KONKURS FILMOWY.
Najlepsze odpowiedzi nagrodzimy filmem na DVD "Człowiek ze stali"!
(reż. Zack Snyder, 2013) dystrybucja Galapagos Films