Bo 25 lat i więcej lat temu jedną z największych przyjemności było mieć "coś z zagranicy". Jako frankofilka często bywająca we Francji przeanalizowałam historię łupów targanych stamtąd - pociągiem, autokarem, stopem, samolotem, samochodem. To jest jakiś przyczynek do historii cywilizacji przełomu wieków. A konkretnie cywilizacyjnych różnic, których dziś już w zasadzie nie ma... A więc - lista z lat 70.: proszek Omo, gumki szkolne z tzw. latającymi oczkami i resoraki dla brata, które wydatnie podnosiły jego notowania w klasie. A także... orzech kokosowy, w Polsce widywany nieczęsto. Tak długo trzymaliśmy go na specjalną okazję, że gdy w końcu tato go otworzył go (śrubokrętem!), to w środku nie było już co zbierać....
Lata 80.: "kreacje" z Tatiego (kto choć raz w tamtych czasach będąc we Francji nie kupił czegoś w "tatiku", niech rzuci kamieniem - wszak to doświadczenie pokoleniowe). Z Francji wiozłam też pociągiem do Polski melon - niedostępny wówczas w Polsce. Co i tak nie było wyczynem, bo kiedy po latach w towarzystwie rówieśników wspominaliśmy, kto co wiózł zza tej lepszej granicy, koleżanka M. przyznała się, że transportowała z londyńskiego McDonald’sa... hamburgera. Autokarem, do Polski, ponad dobę!... Czy ktoś się jeszcze dziwi, że używano wówczas określenia "zgniły zachód"?
W latach 90. jeździłam jako pilot z wycieczkami do Paryża i pod hasłem "francuskie perfumy" zabierałam damską część wycieczki do sklepu Yves Rocher i tam nabywałyśmy niedrogie, nawet jak na nasze polskie możliwości, zapachy w miniaturach - oto był nasz ersatz luksusu.
W nowym stuleciu frajda z przywożenia stopniowo malała. Gdy tylko wynajdywałam sobie jakiś miły suwenir z Francji, za chwilę okazywało się, że marka ta pojawia się w Polsce. I tak kolejno moimi fetyszami były, a potem przestawały być: musztarda z Dijon, bluzka z Promod, crème de cassis do sporządzania kir royal, coś z Sephory, surimi i wreszcie herbata Kusmi Tea, którą 10 dziesięć lat temu łowiłam tylko na targach Beyond Beauty w Paryżu, a dziś zalega u nas w empikach, w związku z tym kompletnie straciłam nią zainteresowanie. Na dziś pozostaje mi jeszcze konfitura truskawkowa z dodatkiem szampana, o nazwie Ca, c’est Paris. Jeśli ktoś z Państwa się dowie się, że pojawiła się już w osiedlowych spożywczakach, proszę uprzejmie mnie o tym nie powiadamiać. Każdy ma prawo do jakiegoś minimum ułudy.
Fragment pochodzi z książki Joanny Nojszewskiej "Klucz francuski", która ukaże się w czerwcu nakładem wydawnictwa Czarno na Białym.