RMF24 RMF FM RMF MAXX RMF CLASSIC RMF ON
RMF24

11 listopada na patriotyczną nutę

Publikacja: Poniedziałek, 11 listopada (10:54) Aktualizacja: Wtorek, 8 sierpnia (11:00)

Kocham Mazurka Dąbrowskiego za to, że słabo się sprawdza na defiladach, a już praktycznie zupełnie nie nadaje się do wycia na stadionie. Brzmi doskonale, gdy gra go mała orkiestra dęta podczas wręczania złotych medali polskim sportowcom na Igrzyskach Olimpijskich, albo jako kurant patriotycznego zegara w starym filmie. Niesie wówczas tę treść, którą powinien - pozytywną refleksję, że póki my żyjemy - ona jeszcze nie zginęła.

Żwawe tempo i metrum trójdzielne to koszmar dla militarystów. Armia maszerująca w rytm Mazurka Dąbrowskiego przypomina grupę baletową podrygującą w jakimś szaleńczym polonezie. Lewa! dwa, trzy... Prawa! dwa, trzy... Lewa! Oczywiście, brytyjski "God save the Queen" - też liczony na trzy, jest jeszcze gorszy do maszerowania. Rozwlekły rytm powoduje, że siłą rzeczy wojsko sunie niczym w kondukcie pogrzebowym. Ale za to nie ma lepszego hymnu do darcia się na sportowej arenie. Tu wolne tempo pieśni jest sprzymierzeńcem tłumu, a końcowa, maksymalnie rozwleczona fraza pozwala się "zebrać" w kupę nawet dziesiątkom tysięcy brytyjskich gardeł.

Co się dzieje na imprezach masowych z naszym Mazurkiem, słychać na każdym meczu reprezentacji. Rytm sypie się już w drugim takcie, a potem jest już tylko coraz gorzej. Najczęściej orkiestra dawno skończy grać, jedna strona stadionu jest w połowie refrenu, a druga kończy dopiero pierwszą zwrotkę. Piłkarze, zdezorientowani próbują coś tam mruczeć pod nosem. Albo i nawet to nie, bo polski paszport odebrali całkiem niedawno i na naukę słów i melodii hymnu nie było czasu.

Obiektywnie trzeba przyznać, że ani jedno ani drugie proste nie jest. Śpiewanie hymnu wymaga sporych umiejętności i koncentracji. Bez podstawowych zdolności muzycznych wychodzi co najwyżej jakaś melorecytacja na nieokreślonych dźwiękach. A chwila rozkojarzenia, nawet u najmocniej patriotycznie wzmożonych polityków, owocuje kompromitującym wysłaniem legionistów Dąbrowskiego "z ziemi polskiej do Wolski". Może więc uznać, że to za trudna sztuka i wybrać na hymn coś innego?
Próbowano tego wiele razy i nigdy to się nie udaje. Hymnu nie da się narzucić, przynajmniej Polakom. Zresztą Mazurek Dąbrowskiego pełnił swoją rolę na długo przed tym, nim ktokolwiek go nazwał hymnem. Wystarczy przypomnieć sobie "Pana Tadeusza" Adama Mickiewicza i koncert Jankiela. A przecież próbowano już wielokrotnie zastąpić czymś bardziej odpowiednim, niewygodnego Mazurka, który jest hołdem złożonym sfrancuziałemu, kiepsko lub wcale nie mówiącemu po polsku Jarosławowi Dąbrowskiemu i jego kontrowersyjnemu szefowi - Napoleonowi Bonaparte. I co? I nic.

Najmocniejszą konkurencję utwór Józefa Wybickiego miał w wierszu paryskiego poety Casimira Françoisa Delavigne'a "Warszawianka", do którego muzykę, na wzór "Marsylianki" skomponował Karol Kurpiński. Moim zdaniem "Warszawianka" o niebo lepiej nadaje się na hymn - ma metrum dwie czwarte więc łatwo przy niej maszerować, słowa mocne i zawsze aktualne. "Oto dziś dzień krwi i chwały. Oby dniem wskrzeszenia był" - to fraza lepsza od asekuranckiej "Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy". Ale dyskwalifikujący był, niestety, tytuł. Wiemy co o warszawiakach myśli reszta Polski. Warszawianki mają lepszą prasę, ale niewystarczająco, by podbić serca wszystkich rodaków.

W II Rzeczpospolitej długo debatowano, jaka pieśń może być hymnem na nowe czasy. Może "Rota" Marii Konopnickiej? Ta - na stadionach z pewnością brzmiałaby lepiej od Mazurka. A wers o pluciu w twarz? - Mocarz! Politycy chcący podlizać się władzy proponowali, by Mazurka zastąpić ulubioną pieśń legionową Marszałka Piłsudskiego - "Pierwszą Brygadą"? Środowiska prawicowe forsowały "Boże coś Polskę" - pieśń skomponowaną na zamówienie krwawego rosyjskiego namiestnika księcia Konstantego, i która w pierwotnej wersji sławiła dobrotliwego cara Aleksandra przymnażającego Polakom "potęgi i chwały". Ponieważ żadne stronnictwo nie uzyskało bezwzględnej większości, więc stanęło jednak na tym, że został Mazurek Dąbrowskiego.

Po Drugiej Wojnie Światowej było jeszcze większe ciśnienie na zmiany. Sławienie Napoleona i jego generałów było wysoce niepoprawnie politycznie. Ale myśl, by rozkołysany tanecznie "Ukochany kraj" ze słowami Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego zastąpił pieśń włoskich legionistów, nawet komunistycznym władcom wydała się niedorzeczna. Choć ja akurat lubiłem śpiewać na szkolnych apelach w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych "Wszystko toooobie, ukochana zieeemio".

Mazurek Dąbrowskiego przetrwał wszystko. Ale czy jest wieczny i niezagrożony?


No nie wiem... Gdy oprowadzam grupy młodzieży po Muzeum Narodowym w Warszawie, czasem biorę ze sobą skrzypce i gdy stajemy przed majestatycznym płótnem Jana Matejki - "Bitwa pod Grunwaldem", gram dzieciakom "Bogurodzicę". Polscy rycerze, jeśli wierzyć Janowi Długoszowi (a wierzyć można, bo choć urodził się pięć lat po grunwaldzkiej wiktorii, to w boju brał udział jego ojciec), śpiewali tę pieśń przed bitwą. I przed kolejnymi starciami w całym Średniowieczu. Zanim nie zastąpiła jej "Gaude Mater Polonia", "Bogurodzica" była pierwszym polskim hymnem. Ale młodzież kompletnie jej nie zna. Za to gdy gram melodię krzyżackiego hymnu z pod Grunwaldu - "Christ ist Erstanden", w oczach polskich dzieci, wychowanych w katolickich domach, dostrzegam błysk zrozumienia. Zaczynają nucić z coraz większym zaangażowaniem. Nareszcie coś, co znają! To smutny paradoks historii, że "Bogurodzica" z polskich kościołów zniknęła. A piękny, średniowieczny marsz krzyżacki "Chrystus zmartwychwstan jest" śpiewa się nad Wisłą co roku w okresie Wielkanocy na każdej mszy. W tym starciu, tak jak na piłkarskich arenach, mogą grać wszyscy, a i tak zawsze wygrywają Niemcy.

Sergiusz Pinkwart, zakopiańczyk. Magister sztuki po warszawskiej Akademii Muzycznej, dziennikarz, podróżnik, pisarz i bloger. Czas dzieli pomiędzy granie na altówce w orkiestrze Teatru Muzycznego Roma, pisanie dla magazynów lifestylowych i podróże. Prowadzi travel-bloga fromwarsawwithlove.pl. Jest autorem pięciu książek dla dzieci i dwóch powieści dla dorosłych. W wolnych chwilach gra w kwartecie smyczkowym i działa jako wolontariusz i przewodnik po Muzeum Narodowym w Warszawie.

Źródło: RMF FM
Dalsza część artykułu pod materiałem video: