Dowody katastrofy Schiaparellego przesłała należąca do NASA sonda Mars Reconnaissance Orbiter. Na jej zdjęciu widać zarówno spadochron, jak i - około kilometra dalej - ślad upadku samego próbnika. Rozmiary tego śladu sugerują przy tym, że doszło do wybuchu. To prawdopodobne, bowiem silniki hamujące działały bardzo krótko i lądownik miał jeszcze dużo paliwa.
Europejska Agencja Kosmiczna (ESA), która wraz z rosyjską agencją Roskosmos zamierza w 2020 roku wysłać na Marsa kolejny lądownik i pojazd badawczy, traktowała misję Schiaparellego jako próbę generalną przed planowanym wtedy lądowaniem. Jej eksperci, w obecnej sytuacji muszą dokładnie przeanalizować wszelkie dane, by ustalić, co poszło nie tak i jak można zabezpieczyć się przed kolejnym niepowodzeniem.
Odkrycie, co zawiodło w przypadku Schiaparellego i jak można ten błąd wyeliminować jest absolutnie priorytetowe - mówi "Nature" Jorge Vago z programu ExoMars. Powinny w tym pomóc dane, które przez 4 minuty i 41 sekund opadania w atmosferze Marsa lądownik przesyłał. Dopiero potem doszło do awarii i łączność się zerwała. Wydaje się, że pierwsza część 6-minutowego manewru lądowania przebiegała bezbłędnie, zarówno na etapie hamowania w wolnym spadku, jak i otwarcia spadochronu wszystko odbywało się zgodnie z planem. Dopiero potem pojawiły się kłopoty. Lądownik odrzucił spadochron i osłonę termiczną zbyt wcześnie, na zbyt dużej wysokości, po czym uruchomił silniki hamujące na 3 zamiast 30 sekund i wyłączył je wyraźnie przekonany, że jest tuż nad powierzchnią gruntu. W rezultacie spadł z wysokości od 2 do 4 kilometrów z prędkością nawet ponad 300 km/h.
O tym, że lądownik źle ocenił swoją wysokość świadczy też fakt, że włączył już cały zestaw aparatury, przeznaczonej do prowadzenia badań po lądowaniu, choćby mierzenia parametrów pogodowych czy pola elektrycznego - żadnych danych nie zdążył jednak zgromadzić. Taki scenariusz wskazuje na błąd oprogramowania lub problemy z koordynacją danych rejestrowanych przez różne czujniki, uważa szef ESA do spraw misji słonecznych i planetarnych, Andrea Accomazzo. Jego zdaniem, choć na konkluzje jest jeszcze za wcześnie, potwierdzenie takiego scenariusza byłoby zarówno złą, jak i dobrą wiadomością.
Niepokojący jest fakt, że zarówno podobne oprogramowanie, jak i czujniki miały być wykorzystane w dalszej części misji ExoMars. Jeśli jednak potwierdzi się, że zawiodło oprogramowanie, błędy będzie można stosunkowo łatwo usunąć. ESA utrzymuje, że zasadniczy scenariusz lądowania i użyte w przypadku Schiaparellego elementy mechaniczne zdały egzamin, tutaj korekta wymagałaby więcej pracy.
ESA jak ognia unika w odniesieniu do misji ExoMars słowa porażka. Podkreśla, że zasadniczym celem pierwszego etapu programu było umieszczenie na orbicie Marsa pojazdu Trace Gas Orbiter, co w pełni się udało. Jeśli zaś chodzi o Schiaparellego, to był on elementem testów i one także, nawet w 80 procent, udało się zrealizować. Agencja podkreśla, że dalszy etap programu nie jest zagrożony. Trudno się tej taktyce dziwić, jak pisze "Nature" w grudniu ESA musi wystąpić do Unii Europejskiej o brakujące 300 milionów euro, dobra mina nawet do złej gry byłaby obowiązkowa. A tym razem chyba faktycznie gra nie jest do końca zła.
(mpw)