W stosunkach polsko-niemieckich wiele nagromadziło się po 1989 roku kontrowersji. W ostatnich latach mam wrażenie, że ich liczba nawet rośnie, trudno jednak o większego słonia w salonie, niż sprawa wojennych odszkodowań. Przez lata wspominano o tym rzadko, mówiono niechętnie, choć przecież wiadomo było, nie tylko przy okazji sejmowej uchwały z 2004 roku, że temat w końcu powróci. Teraz kiedy powrócił, nagle w samej Polsce, ze strony ogólnie rozumianej opozycji, podniósł się krzyk, że absolutnie nie powinniśmy się niczego domagać. I proroctwa, jak bardzo nam samym to zaszkodzi. Tymczasem, moim zdaniem, zamiast pytać o to, czy wolno nam domagać się od Niemców odszkodowań, powinniśmy raczej zadawać sobie pytanie, czy wolno nam się ich nie domagać.

Zniszczone Śródmieście Warszawy na zdj. z 1939 roku /Reprodukcja Archiwum Marian Leśniewski /PAP

Już tłumaczę. Nie trzeba być już specjalnie bystrym, by dostrzegać, że nasi niemieccy sąsiedzi od lat prowadzą konsekwentną i niestety skuteczną politykę rozmywania odpowiedzialności za II wojnę i stopniowego dzielenia się sprawstwem popełnionych wtedy zbrodni. Choć oficjalnie "poczuwają się do politycznej, moralnej i finansowej odpowiedzialności za II wojnę światową" to jednak coraz bardziej zżymają się na wspominanie o niemieckich zbrodniach, zdecydowanie wolą, by mówić, że wszystkiemu winni byli jacyś naziści. Równocześnie, coraz częściej zdarza im się a to w gazecie, a to w jakimś podręczniku, oczywiście "przypadkiem" wspomnieć o "polskich obozach". Niektórzy, jak słynna z "Naszych matek, naszych ojców" publiczna telewizja ZDF nie kryją nawet, że nikogo za takie określenia nie zamierzają przepraszać.

Nie wiem, jak Państwo, ale ja potrafię sobie wyobrazić za kilkanaście, kilkadziesiąt lat sytuację, kiedy w debacie na temat rzekomego współsprawstwa Polaków w zbrodniach owych nazistów pojawi się argument, że przecież nasz kraj pośrednio przyznał się do winy... zrzekając jakichkolwiek odszkodowań. Niemożliwe? Czyżby?

Nie jestem historykiem ani prawnikiem, nie wnikam wiec w formalne aspekty sprawy, czekam na opinie ekspertów. Liczę na to, że będą poważne i dobrze udokumentowane. Pytam jednak wprost, czy ktoś może mi wytłumaczyć, jakim prawem, w jakim celu i na jakiej podstawie, jakikolwiek suwerenny polski rząd mógłby się zadośćuczynienia za straty II wojny światowej zrzec? Czemu to miałoby służyć, czym być wytłumaczone. Jakie poczucie sprawiedliwości miałoby to uzasadnić? No właśnie...

Choć sprawa powojennej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej nie ma oczywiście ze sprawą wojennych reparacji nic wspólnego, to jednak jak na komendę, jeśli nie wszyscy, to przynajmniej większość przeciwnych występowaniu o odszkodowania komentatorów w Polsce natychmiast, na przełaj, właśnie do sprawy granic przechodzi. I straszy, że jeśli my o reparacjach, to oni... itd. No cóż, jeśli pewnego dnia w niemieckiej prasie pojawią się jakieś aluzje do granic, z całą pewnością przeczytamy, że "nawet Polacy przyznają, że..." itd.

W latach 80. razem z kolegami z roku jeździliśmy na praktyki na Uniwersytet Karola Marksa w Lipsku. Polityki w czasie tych wyjazdów praktycznie nie było, ale pamiętam przypadek, kiedy pewien tamtejszy profesor przy okazji spotkania wygłosił długą przemowę na temat barbarzyństwa aliantów bombardujących Drezno. Wtedy słuchaliśmy tego z zażenowaniem, nie wykluczam jednak, że teraz młodzi ludzie w naszym wieku nie uznaliby wspominania tego wobec akurat Polaków za nic niestosownego.

Z punktu widzenia międzynarodowej polityki historycznej, czas po II wojnie, zarówno w PRL, jak i III RP został w większości zmarnowany. Świat dalej mało wie o naszych wojennych losach, nie rozumie, a czasem nie chce zrozumieć naszych doświadczeń, wrażliwości, także uprzedzeń. Nie mamy już więcej czasu, by z przedstawianiem naszej narracji dłużej zwlekać. Musimy to robić, dopóki jeszcze żyją świadkowie tamtych czasów. Tak, jak pisałem przed tygodniem, dla naszych szans rozwoju, dla naszego bezpieczeństwa, to sprawa  absolutnie kluczowa. Sprawa reparacji, otwarte mówienie na ten temat, jest tej narracji elementem.

Przepraszam za oczywistość spraw, o których chcę tu wspomnieć, ale trudno, nigdy dość powtarzania. Musimy sobie uświadomić, że kluczową - poza polityką historyczną - sprawą, która poważnie w stosunkach polsko -niemieckich zazgrzytała jest gazociąg Nord Stream. Uzależnienie od dostaw gazu z Rosji było i w dotychczasowej sytuacji niewygodne, dopóki jednak Rosja musiała tłoczyć gaz przez Polskę do Niemiec, wydawało się, że groźba zakręcenia kurka była niewielka. Już po budowie pierwszej nitki to się zmieniło, ale plan budowy Nord Stream 2 te sytuację jeszcze pogorszył. Realizacja tych planów sprawiłaby oto, że Polska jest w sprawie energii zależna nie tylko od Rosji, ale i od Niemiec. Niezależnie od naszych działań na rzecz dywersyfikacji dostaw gazu, wola Niemiec by "biznesowo" współdziałać z Rosją w tej sprawie, to w stosunkach naszych krajów gigantyczne rozczarowanie. Jeśli ktoś odpowiada za pojawienie się na tym etapie naszych relacji nowej nieufności, to właśnie ci, którzy te projekty forsują. To nie jest nasza wina. A nowszy pomysł "redystrybucji" uchodźców i migrantów tylko ową nieufność zwiększa.

Nie wiem, jaka będzie przyszłość tematu reparacji, czy skończy się na dotychczasowych deklaracjach, czy polski rząd przystąpi do faktycznych działań prawnych. Nie mam wątpliwości, że jeśli nasze kraje są prawdziwymi sojusznikami i partnerami, powinny być gotowe także do rozmów na ten temat.

PS. I bardzo proszę, nie dyskutujmy w tym kontekście o funduszach strukturalnych, które dostajemy z tytułu naturalnych mechanizmów Unii Europejskiej. Prócz Niemiec są tu inni płatnicy netto. Mogliby poczuć się nieco dziwnie.