Ukraińcy także czekają. Jakaś sprawna ręka tworzy w glinie misterną płaskorzeźbę. Mogłaby zdobić mury w centrum Kijowa, ale powstaje na ścianach okopów. Artysta robi chwilę przerwy, zapala papierosa i puszcza oko do kamery. Nie wiemy, kim jest. W cywilu mógłby swoją sztuką zarabiać na życie, ale jest w wojsku. Ciekawska komórka podążą za jego misterną opowieścią - ciągnie się ładnych kilkanaście metrów. To współczesny całun, jak te, tkane po wielkich, historycznych bitwach albo arrasy, które podziwiać można na Wawelu. Rzeźba na ścianach głębokiego rowu nie przedstawia jednak potwornych scen. Jest kalejdoskopem kształtów i figur, żeby oko mogło odpocząć od wojny.
A potworności nie brakuje. Inny film, jaki pojawił się na ukraińskim portalu internetowym, nie ma nawet ostrzeżenia. Grupa żołnierzy maszeruje przez wyzwoloną wieś. Wokół poskręcane wraki czołgów i spalone opancerzone transportery. Przy jednym z nich kilka prosiaków obżera się rosyjskim trupem. Pokwikują przy tym radośnie. Obrońcy przechodzą obok. Pada jakiś komentarz, ale nie słychać śmiechu. Żołnierze dużo już widzieli i pewnie jeszcze wiele zobaczą. Właściciela gospodarstwa jednak nigdzie nie widać. Bomba rozerwała chlew, a zwierzęta są głodne. Resztę dopisuje matka natura. Zaczynam rozumieć, dlaczego ludzie w okopach rzeźbią w glinie kwiaty i zachodzące słońca.
Wojna relatywizuje wszystko - zmienia dotychczasowe reguły - niemożliwe staje się możliwym. Władze Ukrainy zleciły organom ścigania wszczęcie sprawy karnej wobec rosyjskiej rzeczniczki praw dziecka, która nielegalnie adoptowała jedną z sierot, przymusowo wywiezionych do Rosji przez rosyjską armię. Takich przypadków są tysiące. Zniknęły z Mariupola i z innych zrównanych z ziemią terenów. Powinny wrócić do rodzin, ale nie wracają. Przypominają mi się dzieci Zamojszczyzny wywożone przez nazistów do Niemiec. Powstała pokrewna sytuacja, więc historia się powtarza. Wojna to nie tylko armaty i karabiny. To także rozbite rodziny, miliony przesiedlonych ludzi, tysiące zaginionych i złamane serca.
O tym także mówi prezydent Zełenski w codziennych orędziach do narodu. Od kilku dni pojawia się w kompletnych ciemnościach - ale widać ten sam zielony podkoszulek i polowe spodnie. Nawet jeśli obraz jest niejasny, przemawia tym samym, zdeterminowanym głosem. Czasami ganię się za to, że nie poświęcam więcej uwagi Zełenskiemu, który wypełnia rolę, jaką narzuciła mu historia, z imponującą konsekwencją. Przyzwyczaił Ukraińców do swoich wieczornych wystąpień. Bez względu na pogodę czy spadające na Kijów bomby, zawsze mogą na niego liczyć. Pojawia się dokładnie o tej samej porze i dodaje ludziom otuchy. Czasami się uśmiecha, ale przeważnie zachowuje powagę. Mówi do nich jak człowiek.