- Ach, przyjechali do pałacu autobusem. Co to może oznaczać?
- to symboliczne zerwanie z przepychem władzy, to koniec Bizancjum!
- nie ma Jarosława Kaczyńskiego. Jak Pan to odbiera?
- to wysoce nieeleganckie zachowanie. Mnie to bardzo smuci
Redakcyjny telewizor od dwóch godzin przekazuje takie właśnie dialogi. Na początku mnie to śmieszyło, teraz zaczęło wkurzać. Bo pewnie, że to dobrze, iż rząd przyjeżdża na zaprzysiężenie autobusem, ale - bez przesady. Żadna to szczególna nowość. Odkąd pamiętam rządy przyjeżdżają na zaprzysiężenie autobusem i pianie z zachwytu, że i ten to zrobił wydaje mi się lekką przesadą. Też bym wolał, by Jarosław Kaczyński wyściskał Donald Tuska i osobiście wyregulował mu wysokość fotela, ale - rozumiem ludzkie emocje - i to, że odchodzącemu premierowi nie zanadto się to uśmiecha. Ja też się nie uśmiecham patrząc w skład nowego gabinetu. Mi marzyłby się rząd znacznie bardziej fachowy a mniej partyjny. Składający się w większej mierze z ludzi pokroju - chyba najciekawszego nabytku tego gabinetu - Jacka Rostowskiego. Otrzaskanych w świecie, mających doświadczenie w zarządzaniu firmami, bankami i ludźmi. Wiem, że rząd bez polityków to brzmi absurdalnie, ale wystarczyłby Tusk, Pawlak, Schetyna i może jeszcze dwóch - trzech parlamentarzystów. Z nadzieją (choć bez wielkiej wiary) wypatruje czasów, gdy zmieniające się rzady będa potrafiły pozostawić sobie kilku ministrów - bezpartyjnych fachowców, takich prawdziwych civil servant'ów wysokiego szczebla. Na razie takich ludzi w okolicach rządu mozna policzyć na palcach jednej ręki. Choć w drugim szeregu - np. na stanowiskach wiceministrów się zdarzają. Ale to wyjątki potwierdzające smętną regułę.