Mateusz Morawiecki wysłał do liderów PSL, Polski 2050, Lewicy i Konfederacji zaproszenia na spotkania w celu budowania Koalicji Polskich Spraw, która miałaby wesprzeć jego formowany właśnie rząd. Premier napisał: "Spotkanie odbędzie się w siedzibie KPRM. Proszę o wybór preferowanego terminu; dziś między 9:00 a 14:00 lub jutro między 10:00 a 15:00".
Reakcje zaproszonych polityków poznaliśmy nadzwyczaj szybko. Niestety, ich treść zawiodła zapewne gospodarza spotkań i postawiła pod znakiem zapytania celowość oczekiwania na gości. W uproszczeniu odpowiedzi brzmiały bowiem tak:
Polska 2050 - Nie wybieramy się na to spotkanie
PSL - Spotkanie byłoby bez sensu, umówiliśmy się na inną koalicję
Lewica - Nigdzie się nie wybieramy!
Konfederacja - Nie mamy o czym rozmawiać.
Tu właśnie wchodzimy w kłopotliwy dla szefa rządu eksperyment, sprowadzający się do tego, jak jednocześnie być urzędującym premierem i nim nie być. Innymi słowy: otwarte zostały rozważania, co robi premier, kiedy jest, ale nie ma go dla nikogo poza zaproszonymi gośćmi.
Z pisemnego zaproszenia wynika bowiem, że Mateusz Morawiecki przez większą część dzisiejszego i jutrzejszego dnia jest do dyspozycji ewentualnych gości. Po prostu czeka, bo może jednak ktoś wpadnie.
Możliwych odpowiedzi na to, co premier może robić, jest nieskończona ilość;
- Będzie grał w grę?
- Kręcił młynka palcami?
- Nagra kolejny podcast o budowaniu Koalicji Polskich Spraw?
- Z braku gości z zewnątrz zawrze koalicję z Suwerenną Polską?
- Przygotuje laurki dla ministrów, z którymi spotyka się dziś o 14:00 ostatni raz?
Jakkolwiek przebiegnie eksperyment, premier dziś czeka, i jednocześnie jest, ale go nie ma, bo czeka. Mógłby dzięki temu nadrobić zaległości filmowe i np. obejrzeć ostatnią część "Mission Impossible". Albo przygotować się do nakręcenia własnej.
"Mission Completely Impossible".