Mieliśmy w niej więc polityka słynącego z ostrości i jednoznaczności, który stał się niewyraźny i nieco mdławy. Mieliśmy polityka bez aspiracji do odgrywania samodzielnej roli, którego przedstawiano jak samca alfa odbierającego meldunki od premiera. Mieliśmy dwóch konserwatystów, którzy raptem zrozumieli, że serce mają po lewej stronie i zapalali afektem albo do parytetów i związków partnerskich - to Komorowski, albo postkomunistów i Edwarda Gierka - to Kaczyński.
Liberał nagle stawał się przeciwnikiem prywatyzacji. Ten, który zawsze lubował się w wyciąganiu grzechów przeszłości, nawoływał, żeby dyskutować wyłącznie o przyszłości. Zwolennicy zgody, która buduje, odsądzali rywali od czci i wiary, a ci którzy przekonywali kiedyś, że tylko monopol władzy pozwala dobrze rządzić - teraz przed monopolem ostrzegali.
Wszyscy, mimo rekordowego deficytu budżetu, sypali obietnicami finansowymi. I aż strach pomyśleć, że po wyborczej niedzieli któryś z dwójki panów K. będzie musiał te obietnice zacząć realizować.