Prowadzącym zajęcia był prof. Gustaw Gracki, w Powstaniu Warszawskim 17-letni strzelec "Junek". Dla przejętego okolicznościami zapóźnionego ucznia pierwszej klasy liceum postać absolutnie niepojęta. Uosobienie intelektualnej uczciwości wobec wychowanków i głębokiej wiedzy nie tylko o polszczyźnie i jej historii, ale też istocie polskości, a przy tym postać absolutnie namacalna i rzeczywista - górujący nad nawet najbardziej wybujałymi nastolatkami wzrostem starszy pan w tweedowej marynarce, popatrujący na uczniów sponad okularów z wiecznie żywym zaciekawieniem.
Uczeń zapamiętuje wspomnienia najbardziej wyraziste. Anegdotę o tym, kiedy ówczesny strzelec "Junek", po zakończeniu Powstania opuszczający Warszawę, słyszy od niemieckiego oficera, gawędzącego na swój temat z innym: "Zobacz; wysoki Aryjczyk, blondyn. I co z tego, jak jeden z Banditen?"
Albo nie mniej wyraziste, poddające pod rozwagę ledwo nastolatków oświadczenie psora-dziwaka "Nie chciałbym być w skórze tych, którzy posłali nas z kilkoma jednostkami broni ręcznej na zorganizowane siły Wehrmachtu".
Wiele lat po opuszczeniu szkoły przeczytałem "Królewską 16", w której mój nauczyciel pojawiał się jako jedna z tragicznych postaci, obserwujących, choć z bronią w ręku - niemal bezsilnie zachodzące tam wydarzenia. Jeszcze później przeczytałem jego wstrząsające "Wspomnienia z Powstania Warszawskiego"- książkę jak żadna inna pokazującą realny ból ranionych przez przeciwnika na przedpolu powstańców, którym ich koledzy nie mogli godzinami udzielić pomocy. Szacunek dla starszego pana, którego wykłady otrzymałem niejako w pakiecie z ogólnokształcącą edukacją PRL, stał się jedną z podstaw tego, co zwykle określa się jako patriotyzm.
Prof. Gustaw Gracki zmarł w 2013 r. Jego imieniem nazwano jedną z ulic w Częstochowie. Nigdy nie zabiegał o uznanie, nigdy nie kreował się na bohatera. Wykonywał powierzone mu zadania nawet wiedząc, że szanse na powodzenie Powstania są niewielkie.
Miałem szansę poznać człowieka, który wykonał swój obowiązek. Wojnę przeżył, a mimo znalezienia się w dającej szanse na ucieczkę od PRL-owskiej rzeczywistości amerykańskiej strefie okupacyjnej - w późnych latach 40. wrócił do kraju.
Nie poznałem dotąd człowieka bardziej wewnętrznie uczciwego. Wielu moich kolegów z klasy uważa podobnie.
Szacun, panie psorze.