Była ona w rzeczywistości dwudniowym, bardzo drogim, gdyż kosztującym 2,1 mln zł, spotkaniem osób akceptujących działania obecnej minister edukacji i jej dwóch poprzedniczek. Trzeba stwierdzić, iż zarówno termin, jak i miejsce, a także przebieg Kongresu wyraziście pokazywały, że jest on elementem kampanii wyborczej minister Joanny Kluzik-Rostkowskiej i jej partii. Poprzednie dwa Kongresy odbywały się w Warszawie, tym razem zdecydowano się na Katowice, przesuwając pierwotnie planowany termin z czerwca na bliższy wyborom koniec sierpnia. Sądzę, że minister Kluzik-Rostkowska zdecydowała się na stolicę Górnego Śląska, gdyż podejmując tę decyzję była przekonana, iż będzie startować do Sejmu z pierwszego miejsca w okręgu rybnickim. Tymczasem okazało się po żonglerce dokonanej przez premier Kopacz na listach wyborczych rządzącej partii, iż będzie startować z trzeciego miejsca w Warszawie. Poza tym skrzętne pomijanie w tematyce Kongresu kwestii będących autentycznymi problemami polskiej oświaty i ukazującymi jej słabości oraz wady i błędy prowadzonej w ostatnich latach polityki oświatowej wręcz zmusza do potraktowania katowickiej imprezy jako przedwyborczego, tematycznego spotkania.
Nieznający polskich realiów obserwator Kongresu mógłby dojść do wniosku, że polska oświata pokonała wszelkie istotne problemy i nastał czas rozmowy o "otwartej szkole marzeń XXI w.". Tymczasem, jeżeli mielibyśmy o czymś obecnie marzyć to o zaprzestaniu zabawy w pozorną edukację bez wymagań, co serwuje Polakom od wielu lat MEN. Efektem takich właśnie działań jest dramatyczny spadek poziomu kształcenia, co roku widoczny m.in. w wynikach matur. Skądinąd warto przypomnieć sobie zadowolenie minister Kluzik-Rostkowskiej z wyników tegorocznej matury, której nie zdała w pierwszym podejściu ¼ maturzystów, czyli co czwarty uczeń kończący szkołę średnią nie był w stanie uzyskać 30% możliwych do zdobycia punktów na poziomie podstawowym z języka polskiego, języka obcego i matematyki. Kolejny raz okazało się, iż szczególnie słabo wypada przeciętny polski uczeń na egzaminie z matematyki. O tym jednak na Kongresie nie rozmawiano, za to dyskutowano o tym czego świat może się od nas uczyć. Oczywiście nikomu z organizatorów nie przyszło do głowy, aby zaproponować, iż może się od nas nauczyć, jak psuć dobry system edukacji nierozważnymi zmianami wg metod tria pań Hall, Szumilas i Kluzik - Rostkowska. Ulokowanie tego typu dyskusji panelowej w programie Kongresu dość dobrze ilustruje stan oderwania się administracji oświatowej od realnych edukacyjnych problemów. Podobnie, jak dyskusja "po co nam oceny?", czy też debata o egzaminach, z pojawiającymi się w obydwu przypadkach sugestiami, że być może mogłoby ich nie być.
Generalnie w programie Kongresu dominowało myślenie o mitycznej, nowej edukacji i koniecznej rewolucji w tej dziedzinie. Trudno było nie odnieść wrażenia, że dla organizatorów Kongresu nade wszystko liczył się efekt medialny, stąd owo szermowanie tym co nowe i rewolucyjne. Szkoda, że minister Kluzik-Rostkowska nie rozumie, że edukacja nie potrzebuje żadnych rewolucji, ale nade wszystko potrzebuje spokojnej oraz rozważnej pracy ludzi dobrze przygotowanych do kształcenia młodych Polaków i kształtowania ich osobowości. Na Kongresie praktycznie nieobecny był dyskurs o kłopotach wychowawczych współczesnej szkoły. Tak naprawdę można by długo wymieniać kwestie, o których jego organizatorzy nie chcieli rozmawiać, gdyż popsułyby one sielski i radosny nastrój "sukcesu", na którym tak bardzo zależało minister edukacji.
Sądzę, że trzeba zapytać organizatorów Kongresu, jakie są jego efekty, a ponieważ będą mieli poważne problemy z odpowiedzią na to pytanie należy rozliczyć ich ze zmarnowanych publicznych pieniędzy. Wydawanie ich bowiem na przedwyborcze imprezy powinno być ostro piętnowane. Zresztą w ostatnich latach MEN specjalizuje się w marnowaniu publicznych pieniędzy na różnego rodzaju propagandowe przedsięwzięcia. Symptomatyczna jest niechęć urzędników MEN-u do rozliczania się z nich, co wyraziście ilustruje odmowa ujawnienia rzeczywistych kosztów tzw. bezpłatnego elementarza, uznali oni - nie bardzo wiadomo na jakiej podstawie - że w tym przypadku nie obowiązuje ustawa o dostępie do informacji publicznej. Ich skandaliczne zachowanie w tej sprawie nie spotkało się właściwie z żadną reakcją ich przełożonych.
Przeznaczając ponad 2 mln zł na Kongres Polskiej Edukacji minister Joanna Kluzik-Rostkowska miała obowiązek zadbać, aby stał się on miejscem autentycznej debaty o istotnych oświatowych problemach ludzi mających różne pomysły na ich rozwiązanie. Jeżeli organizowała go w przedwyborczym czasie to mógł stać się on miejscem zderzenia poglądów na edukację obecnie rządzących i opozycji. Byłoby to ważne i interesujące spotkanie, gdyż jej przedstawiciele sygnalizują pragnienie dokonania radykalnych zmian w systemie oświaty. Być może pojawiłaby się wówczas szansa na wypracowanie przez obydwie strony zbliżonego stanowiska, chociażby w najbardziej istotnych sprawach. Jednak obecna minister edukacji narodowej zapomniała, iż naród stanowią nie tylko zwolennicy jej partii i jej edukacyjnych pomysłów. Skądinąd w Polsce obecnie, nie tylko w edukacji, kluczowym problemem jest niedostrzeganie rzeczywistych problemów przez rządzących, którzy uprawiają swoistą odmianę propagandy sukcesu. Stąd też udają, że nie rozumieją, iż prowadzona przez nich polityka kreowania szkoły o absolutnie obniżonych wymaganiach prowadzi do prawdziwej katastrofy edukacyjnej. Wbrew temu co sądzi minister Kluzik - Rostkowska i jej sympatycy nie jest to wcale szkoła przyjazna i bezpieczna dla ucznia, ale szkoła nieprzyjazna i niebezpieczna, gdyż zupełnie nieprzygotowująca go do wymagań współczesnego świata. Przeciętny absolwent takiej szkoły nie będzie bowiem w stanie sprostać żadnym poważnym wymaganiom w dorosłym życiu, ale to zdaje się nie zaprzątać uwagi marzycieli o "otwartej szkole XXI w.".