Pamiętam doskonale pierwsze miesiące rządów Platformy. Grupa liderów tej partii miała wówczas - chyba autentyczne - poczucie spełnienia i radości z czasów tryumfu. Grupka kumpli - bo chyba przyjaciół, to jednak za wiele powiedziane - składająca się z Tuska, Schetyny, Drzewieckiego, Grasia, uzupełniana Nowakiem, Palikotem i kilkoma innymi osobami spotykała się wieczorami, grała w piłkę, popijała wino, oglądała mecze i żyła marzeniami o sukcesach swych rządów.
Ta miła atmosfera szybko zaczęła tężeć. Najpierw okazało się, że czasy rządów dają mniej czasu niż czasy opozycji, potem zaczęły się małe tarcia, konflikty i podgryzania, wreszcie nadeszła afera hazardowa, gwałtowny spadek wzajemnego zaufania, rządowe rozstania. Dziś atmosfera w PO jest taka, że po spotkaniu Tusk-Schetyna marszałek Sejmu wychodzi z poczuciem, że udało się porozumieć i wszystko jakoś poukładać, a w tym samym czasie premier sprzedaje po cichu komunikat "pokazałem Grzegorzowi żółtą kartkę i dałem ostatnie ostrzeżenie, jeszcze jeden wybryk i wyrzucę go z PO".
Podobny syndrom dotyka też polityków PJN. Gdy wyrzucani i sekowani spiskowali, a potem odchodzili z PiS-u, snuli wizję pokoleniowego i przyjacielskiego sprzysiężenia, w którym dawne niesnaski pójdą w niepamięć, a liczyć będzie się - to modne w polityce określenie - "wspólny projekt". Ale szybko zaczęło okazywać się, że jedni w ów "projekt" inwestują więcej czasu i poświęcenia, inni mniej, że ci, którzy "tyrają", jeżdżąc po kraju, mają żal do tych, którzy "brylują" w europarlamencie, że są tacy, którzy uważają, że sprzysiężenie - sprzysiężeniem, a w nowej partii miło by było dostać namacalną funkcję wiceprzewodniczącego czy sekretarza generalnego. I tak to sympatyczny klimat dni pierwszych, zamienił się w pełen niechęci klimat dni następnych, a do wyborów jeszcze osiem miesięcy...
Tożsamych, albo mocno zbliżonych do tych, historii, polska polityka dostarcza co niemiara. Zawaliły się: przyjacielski układ Kaczyński-Dorn, bratersko-siostrzana miłość Tusk-Gilowska, przymierze Napieralski-Olejniczak, przyjaźń Schetyna-Dutkiewicz, a Sławomir Nowak na ołtarzu polityki złożył nawet swego świadka ślubnego.
Przyglądając się z bliska naszemu życiu publicznemu widzę dziesiątki, ba, setki polityków, których życie publiczne wpędza w stan nieustającej frustracji, poczucia porażki i bezsilności. Polska to nie Norwegia czy Katar. Tu bycie politykiem oznacza raczej łatanie dziur i szukanie oszczędności, a nie rozdawanie i czynienie wszystkich szczęśliwymi.
Chwile tryumfu są tu rzadkie i szybko giną w mroku niepamięci i codziennej szarzyzny. Zestawiwszy to z poziomem zarobków w polskiej polityce - owszem przyzwoitym, ale nieporównywalnym do tego ile dają zajęcia bankowe, biznesowe, a i - zdarza się - dziennikarskie czy analityczne, trudno uznać, że politycy to kasta ludzi, którzy złapali Pana Boga za nogi. Wręcz przeciwnie - często i gęsto mam poczucie, że należy im raczej współczuć niż zazdrościć życia błogiego i beztroskiego.
Przeczytaj felieton Konrada Piaseckiego w portalu Interia.pl