Ludwik Dorn - bo o nim mowa - wykonał w ostatnich dniach niezwykłą woltę. "Trzeci bliźniak" i "pierwszy po Bogu" przepoczwarzył się w czołowego kontestatora i lidera wewnątrzpartyjnej rewolty. Fenomen polityczny? A może tylko charakterologiczno-towarzyski? Ta druga wersja - w każdym razie - jest w partii wersją najbardziej popularną. Oto - jak mówi się w co bardziej zacisznych rewirach sejmowej "Hawełki" - Dorn przeżył w ostatnim roku duchową i życiową rewolucję. Nie tylko, że zaczął nosić spodnie o normalnej długości, nie tylko że zaczął pełniejszą garścią czerpać z uroków żywota to na - domiar złego - zaczęły go nieco nużyć długie partyjne narady i "dyskusje aż po świt". Konserwatysta zyskał postmodernistyczną nutę. Jeździ na narty, śmiga na rolkach, dobrze się bawi. Tracąc przy tym zrozumienie i dozgonną - jak się wydawało - przyjaźń Jarosława Kaczyńskiego. A że postmodernistyczny Dorn postanowił wykonać w kampanii parę oryginalnych zwrotów - oskarżał w imieniu Saby albo pisał listy do wykształciuchów - to na dodatek podpadł też politycznie. Czara goryczy się przelała. List "trzech" był gestem rozpaczy polityków, którzy i tak - najpewniej - straciliby fotele. Podejrzewam,że para Zalewski-Ujazdowski będzie powoli zmierzała ku rozstsaniu z PiSem. Los Dorna jest dla mnie wielką zagadką.
Dziwne przypadki Srogiego Ludwika
Szedł z okolic senatu do windy znajdującej się się tuż obok loży prezydenckiej. Dla nieznających sejmowej topografii - to około 200-250 metrowy spacer. Szedł sam, bez świty, bez borowców i asystentów. Przeszedł obok kilkudziesięciu dziennikarzy - żaden nie chciał zadać mu pytania. Jeszcze parę dni temu był marszałkiem sejmu, drugą osobą w państwie i liderem rządzącej partii. A dziś...?
Tagi:
polityka