Taki układ - po wyborczym starcie Tuska - ma z punktu widzenia i samej Platformy, i - osobiście - jej liderów sporo atutów. Gdyby rzeczywiście rządzący zdecydowali się na bolesne reformy (a nie chcę już jak mantry powtarzać, że o kilka z nich aż się prosi), to Bielecki byłby dobrym piorunochronem, który skupiłby na sobie niezadowolenie i pozwolił Platformie, w miarę suchą nogą, przejść przez trudny czas kampanii wyborczej. Reformy - obciążałyby jego samego, splendor sukcesów opromieniałby partię.
Para Bielecki - Schetyna byłaby też dużo łatwiejsza do przełknięcia dla partyjnych dołów, które, na wieść o poza-platformijnym kandydacie na szefa rządu, zawyją z bólu. Postać dzisiejszego sekretarza generalnego (a może wtedy już lidera PO) dawałaby im słodkie poczucie, że rząd nie ma charakteru pozapartyjnego, nie odrywa się od swej politycznej bazy i nie jest powtórką z zabójczego - dla SLD - eksperymentu prezydenckiego gabinetu Marka Belki.
Tak, ten wariant wydaje się prawdopodobny, podobnie zresztą jak kilka innych... Na szczęście przed nami bardzo ciekawy politycznie rok. Już zacieram ręce na myśl o wyborczej gorączce, przed- i powyborczych roszadach, emocjach, oczekiwaniu na wynik, radościach i dramatach... W polityce - sobie i wszystkim - życzę mnóstwa wrażeń wszelakich, w życiu prywatnym - wrażeń i emocji wyłącznie pozytywnych.
Tak, ten wariant wydaje się prawdopodobny, podobnie zresztą jak kilka innych... Na szczęście przed nami bardzo ciekawy politycznie rok. Już zacieram ręce na myśl o wyborczej gorączce, przed- i powyborczych roszadach, emocjach, oczekiwaniu na wynik, radościach i dramatach... W polityce - sobie i wszystkim - życzę mnóstwa wrażeń wszelakich, w życiu prywatnym - wrażeń i emocji wyłącznie pozytywnych.