Wspominam tu czasem ludzi, bo jestem świadomy, że odchodzi epoka. Ta, która młodszych wkurza i denerwuje. Ale w dziejach kraju, w jego historii, zajmie może jedną stronę. Życzę tym młodym, którzy to czytają, aby o nich napisano kiedyś więcej. Ale nie w tonacji żałobno-insurekcyjnej. Listę nieudanych powstań, mam nadzieję, już wyczerpaliśmy.
Zmarł Andrzej Urbański. Różniło Go ode mnie wszystko. Życiorys, hierarchia wartości, poglądy polityczne. Poznałem Go jak był wiceprezydentem Warszawy u Lecha Kaczyńskiego. Przekonywał mnie do rezygnacji z uchwalenia projektu ustawy wzmacniającej samorząd wojewódzki. Mnie nie przekonał - uznałem, że nie rozumie państwa i jego funkcjonowania.
Po raz drugi spotkaliśmy się gdzieś tam w 2009 roku. Chodziliśmy razem do jakiegoś polsatowskiego programu o polityce. Wtedy zobaczyłem innego Andrzeja. Polityka i komentatora stonowanego, rozumiejącego problemy, o których mówimy, potrafiącego wznieść się ponad własną tożsamość partyjną. Gościa, z którym można się było nie tylko sprzeczać, ale nawet niekiedy zgadzać. Wychodziliśmy ze studia i staliśmy jeszcze godzinę przed budynkiem, aby dokładnie ustalić, o co nam chodzi i czy jest możliwe porozumienie w tej sprawie. Nawet jak nie zgadzaliśmy się ze sobą, to spotkanie kończyło się ustaleniem, że następnym razem wrócimy do tego problemu.
Od kilku lat wiedziałem, że jest chory. Wiedziałem, że ciężko - Warszawa to małe miasto. Tym bardziej imponował chęcią życia i prowadzenia sporu. Angażował się w polskie sprawy tak, jakby miał przed sobą wiele lat aktywności. Szczerze mówiąc nie wiem, czy wierzył w Boga czy nie. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Jak wierzył, to będzie Mu tam u Niego dobrze, wynegocjuje sobie w Niebie niezłe warunki komentowania polskiej rzeczywistości. Jeśli nie, to sporo ludzi zachowa Go w dobrych wspomnieniach. Ja też.