Nie ma paraliżu wymiaru sprawiedliwości z powodu protestu pracowników sądów - przekonywał w Sejmie wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik. Przez posłów opozycji był jednak krytykowany za niewystarczające działania resortu sprawiedliwości wobec rosnącej liczby zwolnień lekarskich urzędników.

Jak donosi dziennikarz RMF FM Patryk Michalski, na razie pomysły resortu na to, jak poradzić sobie z tym nieoficjalnym protestem, są wyłącznie doraźne. Ministerstwo np. rozesłało do sądów pismo, w którym proponuje, by z brakami kadrowymi radzić sobie przez zatrudnianie nowych ludzi na umowy zlecenia.

"Solidarność" grozi falą protestów. "Miejscem do realizacji postulatów jest ulica"

"Dialog w Polsce przestał być formą osiągania porozumień. Niestety rząd pokazał nam, że miejscem do realizacji postulatów jest ulica" - mówi RMF FM Marek Lewandowski, rzecznik prasowy NSZZ "Solidarność". Związkowa centrala grozi protestami, które mają ruszyć wiosną przyszłego... czytaj więcej

To jednak - jak zauważa nasz reporter - tylko łatanie dziur, a nie odpowiedź na postulaty protestujących.

Równocześnie Joanna Augustynowska z Platformy Obywatelskiej sugerowała, że resort stosuje także inne metody.

Pracownicy, którzy zdecydowali się dołączyć do protestu, są zastraszani niewypłacaniem nagród, zwolnieniem dyscyplinarnym, kontrolą ZUS-u, rozwiązywaniem umów - mówiła.

Wiceminister sprawiedliwości tym zarzutom zaprzeczał.

Nie ma żadnych zwolnień dyscyplinarnych, nie ma żadnego szantażu, zastraszania - przekonywał.

Michał Wójcik ponadto przede wszystkim podkreślał, że w przyszłym roku pracownicy sądów mają otrzymać 5-procentowe podwyżki - a za niskie, niesatysfakcjonujące zarobki obwiniał opozycję.


Opracowanie: