Towarzyszyliśmy mu, gdy pełen obaw i niepewności wyruszał w podróż w nieznane. Towarzyszyliśmy mu, gdy ze zlęknionej istoty zamieniał się w odważnego wojownika. Towarzyszyliśmy mu, gdy sprytem pokonał Golluma zagarniając pierścień. Filmowa przygoda z "Hobbitem" dobiegła końca. Co nam po niej pozostało?
Z pewnością niedosyt. Bo cóż począć, gdy po łącznie dziewięciu filmowych dziełach musimy rozstać się ze Śródziemiem? Przychodzi to niezwykle trudno, zwłaszcza, że ciężko sobie wyobrazić, by Peter Jackson postanowił zekranizować kolejne dzieło Tolkiena. Choć darzę tego reżysera ogromnym szacunkiem za to w jaki sposób przeniósł ten magiczny świat na ekran, to na myśl o ewentualnym filmie na podstawie książki "Silmarillion" ściska mi się żołądek. I mam nadzieję, że taki pomysł nie zrodzi się nigdy w głowie zarówno tego, jak i jakiegokolwiek innego reżysera.
A "Hobbit: Bitwa Pięciu Armii"? Niech mówią, że bajka, że naciągane, że przekombinowane. Niech mówią, że za mało Tolkiena, że niepotrzebne wątki. Trzecia - i niestety ostatnia - część "Hobbita" w kinach mierzy się z krytyką i oceną widzów. Ja widziałam. I choć zarówno książka, jak i ekranizacja nie dorównują "Władcy Pierścieni", to po tym seansie nie powiem - nie warto było. Śródziemie warto odwiedzić zawsze, choćby po to, by na chwilę, na te nieco ponad 2 godziny wyrwać się z rzeczywistości i udać się w podróż wśród elfów, smoków, orków i magii.
Pierwsza część "Hobbita" wniosła do mojego serca sporo obaw. Miałam poczucie, że cała historia, która stanowi przecież wstęp do "Władcy Pierścieni" nie nadaje się aż na trzy odsłony, a w stosunku do reżysera pojawił się pewien żal. Czy naprawdę warto dla pieniędzy i marketingu rozbijać cienką książkę na kilka długich części? Dziś wiem, że warto. Trzecia część przygód Bilbo Bagginsa i krasnoludów okazała się najlepsza. Najwierniej odzwierciedlony klimat stworzony w książce, akcja, fantastyczne bitwy, z których Peter Jackson zasłynął już w trylogii "Władcy Pierścieni". Do tego trzeba docenić samą grę aktorską, spektakularne efekty specjalne i muzykę idealnie wpasowaną do tych batalistycznych scen. "Hobbit: Bitwa Pięciu Armii" w fotel nie wbija, ale z pewnością pozostawia ślad w pamięci. Nie zgodzę się z opinią, że Jackson poległ biorąc się za tolkienowskie dzieła. O ile w przypadku wspomnianego "Hobbita" pojawiają się pewne zastrzeżenia, o tyle już "Władca Pierścieni" to prawdziwe filmowe Arcydzieło. Tak, celowo napisałam przez wielkie "A". Dziś trudno mi sobie wyobrazić, by można to było zrobić lepiej.
Być może krytyczniej spojrzałabym na "Hobbita", gdyby nie fakt, że zwyczajnie mam ogromny sentyment do samej książki, której się nie czyta - ją się pochłania. Dlatego wiele reżyserskich zamysłów Jacksonowi wybaczyłam. Choć ostatnia część jest naprawdę dobrze przeniesioną na ekran historią.
Bardziej niż to, czy "Hobbit" Jacksona sobie poradzi (już zarabia krocie), zastanawia mnie fakt, czy sam Tolkien odnajdzie się we współczesności. Często (o zgrozo!) porównywany jest do "Gry o tron" (lub na odwrót, "Gra o tron" do dzieł Tolkiena) i zarzuca mu się, że jego świat jest zbyt idealny, zbyt bajkowy. Współczesny widz oczekuje realizmu, brutalności, seksu i intryg. Tego w dziełach Tolkiena nie znajdzie. Ale czy naprawdę światu przedstawionemu przez tego pisarza można cokolwiek zarzucić? Wykreował zupełnie inną rzeczywistość, tworząc postacie nieznane wcześniej czytelnikom fantasy. Orkowie, hobbici, entowie... Język elfów, Mordoru, krasnoludów. Nawet, jeśli nie jest się fanem pióra Tolkiena, nie można mu odmówić, że stworzył dzieła ponadczasowe, które niosą ze sobą wartości takie jak przyjaźń, odwaga, oddanie i bohaterstwo, i które otworzyły furtkę innym pisarzom fantasy. Ale stworzył też świat, do którego zawsze przyjemnie uciec i pofrunąć daleko w wyobraźni razem z pieśniami z Rivendell.